~*~
W kominku palił się ognień. Mimo tego powietrze wcale nie było nagrzane, wręcz przeciwnie, było chłodne, nawet bardziej niż to z pokoju na strychu.
Daniela została posadzona na niewygodnym drewnianym krześle, tuż przy kominku. Plecami opierała się o nieduży stół, koło którego ustawiono kilka krzeseł, wtedy pustych. Poza nimi, w pomieszczeniu znajdowała się tylko komoda i zeschły kwiat, ustawiony pod oknem, niezasłoniętym żadną zasłoną czy firanką. Szyba była jednak zbyt zaparowana, by kobieta mogła coś przez nią zobaczyć.
Sylwan, który jeszcze przez chwilę trzymał ramię Danieli, odwrócił się od ognia i wyszedł z pokoju. Sabrian, dotychczas pilnujący przyjaciela stojąc przy drzwiach, minął się z nim i usiadł na jednym z krzeseł. Przez chwilę, w całkowitej ciszy przecinanej jedynie trzaskami ognia, wpatrywał się w kominek, nawet nie drgnąwszy. Kobieta patrzyła na niego kątem oka, zastanawiając się, o czym myśli.
- Co? - zapytał w końcu. Nie miał już tego opryskliwego, wywyższającego się tonu, jakim zwykł się do niej zwracać. Mówił natomiast dziwnie zmęczonym tonem, jakby ta cała sytuacja wyjątkowo mu nie odpowiadała.
- Nic - mruknęła Daniela. Nie była pewna, czy powinna zacząć z nim rozmawiać. Choć mężczyzna nie budził w niej strachu, czuła, że nie powinna go lekceważyć. Nic o nim nie wiedziała. Jego „miłe” zachowanie mogło być równie dobrze oznaką dobrej woli, jak i sposobem na zyskanie jej zaufania i osłabienie czujności.
- He, nie wiesz, o co nam chodzi, prawda? - zapytał, drwiąco się uśmiechając. Uśmiech jednak szybko zszedł z jego twarzy. - To i lepiej. Kiedy Ranmaru po ciebie przyjdzie, pewnie ci wszystko wyjaśni... jeśli w ogóle wie, kim jesteś...
Kobieta obróciła się do niego przodem, podpierając głowę oparciem krzesła. Blondyn spojrzał na nią zdziwiony, ale nic nie powiedział.
- Nie zachowujesz się, jakbyś się nas bała - zauważył.
- Nic mi nie zrobiliście, więc dlaczego miałabym się bać?
- Ludzie tak zwykle robią, jak ktoś ich porywa - zauważył, dziwnie jej się przyglądając. Daniela uniosła tylko ramiona, bębniąc palcem o oparciu. - Jesteś dziwna.
- Wiem - powiedziała.
W drzwiach pojawił się Sylwan. Wszedł tak cicho, że żadne z nich tego nie zauważyło, więc dopiero kiedy chrząknął, zwrócili na niego uwagę. Rzucił Sabrianowi dziwnie wrogie spojrzenie i ruchem głowy nakazał mu wyjść z pokoju. Blondyn spojrzał na Danielę, jakby chciał jeszcze chwilę zostać, ale Sylwan złapał go za ramię i wyciągnął z pokoju.
Daniela spoglądała chwilę na zamknięte za nimi drzwi. Nie wiedziała już, co ma o tym wszystkim myśleć.
- Sabrian, co się z tobą dzieje?! Znam te twoje chore gierki, ale tym razem to ci już całkiem się we łbie... - szeptał Sylwan, nadal trzymając blondyna za ramię. Ten zdawał się nawet tego nie zauważać.
- Nie wiem o co ci chodzi - powiedział spokojnie. Zachowywał się nienaturalnie. Był wyprany z emocji. Sylwana to jednak nie dziwiło, znał bowiem go tak długo żeby nauczyć się, że u Sabriana to normalna reakcja na nerwy. - A teraz przestań się wydurniać i powiedz mi, po coś mnie stamtąd wyciągnął.
Sylwan spoglądał na niego podejrzliwie. Czekał, aż przyjaciel się odezwie, jednak kiedy ten nie otwierał ust, tylko przewiercał go wyczekującym spojrzeniem. Krótkowłosy spojrzał gdzieś w bok, aby tylko nie patrzeć w oczy blondynowi.
- Ponoć jeden z nowych widział Ranmaru - powiedział w końcu. - Musiał się skapnąć, że mamy dziewczynę, to się wystawił. He, nie wiem, czy to znaczy. że jest mądry, czy że jest debilem.
- To się niedługo okaże - mruknął jakby do siebie Sabrian. Uśmiechnął się lekko, prawie niezauważalnie.
Raven wypuścił powietrze z ust. Spojrzał w górę, na trzypiętrowy, jasny budynek. Drzwi do niego zabite były deskami, okna zamurowane. Nikt, obawiający się o własne zdrowie, nie wszedłby tam z własnej woli, bojąc się niestabilnej konstrukcji. Można było jednak wejść tam inaczej, niż przez drzwi, będąc pewnym, że budynek się nie zawali.
Czarnowłosy poznał ten sposób bardzo dawno, kiedy był tam pierwszy raz. Wtedy jednak wchodził z innego miejsca w innym mieście, mając nadzieję, że robi to ostatni raz.
- Witamy pana, szanowny Kontraktorze Shiki - odezwał się z udawaną uprzejmością głos Sabriana. - Proszę wejść.
Raven zacisnął pięść i zaczął zbliżać się do ściany budynku. Myślał o tym, jak dobrze mogłoby mu się żyć, gdyby nie ta jedna głupia decyzja sprzed lat.
- Życzymy miłego pobytu z tym... Ah, przepraszam, przy kobietach nie powinno się przeklinać - szczerzył się Sabrian, pomagając wstać Danieli z krzesła. - Z Ranmaru.
Daniela niedbale wstała, patrząc przed siebie. W drzwiach stał Raven, patrząc na nią wystraszonym wzrokiem. On wiedziałam wszystko. Jak się tam dostała, kim są Sabrian i Sylwan, gdzie ją zabrali, dlaczego... Chciała do niego podejść, wyjść z pomieszczenia i zapomnieć o całej sprawie. Miała dość dziwacznych sytuacji, które na każdym kroku rujnowały jej życie. To przez nie nigdy nie mogła znaleźć sobie domu.
Czarnowłosy poszedł krok na przód, ale stojący przy drzwiach Sylwan mruknął.
- Czekaj czekaj, zabawę nam zabierzesz - mruczał.
- Tak. Pozwól nam zaprowadzić tę piękną panią do drzwi - prosił Sabrian nadal ze swoim drwiącym uśmiechem. Stojąca przy jego boku Daniela rozumiała coraz mniej, choć wydawało jej się, że to niemożliwe. - U nas nie widuje się takich pięknych pań.
"Zanim przyszedł Raven bali się mnie. Później mnie jakby ignorowali. Teraz zachowują się, jakby grali w jakąś grę. Już nic nie rozumiem" - myślała Daniela, patrząc wprost na Ravena. Wiedziała, że coś się zmieniło. Obaj mężczyźni przestali jej się bać, więc z każdej chwili mogli ją skrzywdzić. Coś, co kazało im w miarę dobrze ją traktować, zniknęło.
Sabrian wziął kobietę za rękę i zaczął prowadzić w stronę drzwi. Raven posłusznie odsunął się odsłaniając wejście. Zmrużył oczy, kiedy blondyn przechodził koło niego.
Raven mocno ścisnął nadgarstek Danieli, która skrzywiła się z bólu. Miała przetartą skórę w miejscach, gdzie wcześniej znajdowały się więzy.
- Zrobili ci coś? - zapytał zdyszany. Szli bardzo szybko, przed siebie, jak najdalej od tamtego budynku.
- Nie - odpowiedziała. Raven spojrzał na nią z ukosa. - Naprawdę. Nic mnie... Dobra, poza rękami, nic mnie nie boli. Właściwie, to zachowywali się, jakby się mnie bali. Ale potem...
- Potem co?
- Przestali. Znaczy, ten blondyn, Sabrian... Zapytał się... Nie, bardziej stwierdził, że ja nic nie wiem... to go chyba uspokoiło, nie wiem tylko, o czym w ogóle gadali.
- Bali się ciebie? - zapytał zdziwiony. Znów rzucił jej dziwne spojrzenie. - Co dokładnie mówili?
- Raven, źle... Mi się rozmawia, jak idę. Duszę się – dyszała. - Nie jestem... proszę, porozmawiajmy... jutro.
~*~
- TO NIE TAK MIAŁO BYC, SŁYSZYSZ?! EJ! NIE TAK SIĘ UMAWIALIŚMY! - chłopak na kolanach krzyczał w bliżej nieokreślonym kierunku. Płakał. Ze smutku. Ze złości. Z kompletnej bezsilności. Płakał tak mocno, jak nie płakał nigdy, gdy go wyzywano i wytykano. - ODWRÓC TO! SŁYSZYSZ!
- Słyszę, nawet bardzo wyraźnie. Właściwie mam wrażenie, że, hah! słyszy cię całe miasto.
Długowłosy mężczyzna przykucnął na dachu domu na przeciwko, ręce trzymał w kieszeniach. Był za daleko, by chłopak mógł to zauważyć, ale był pewien, że mężczyzna się uśmiecha. I to szerzej niż gdy widzieli się pierwszy raz.
- Niestety jednak - odparł i dopiero wtedy chłopak zdał sobie sprawę, że ten głos pochodził bardziej z jego głowy niż ust mężczyzny, choć bez wątpienia do niego należały - nie mogę tego odwrócić. Zawarłeś ze mną umowę, właściwie, na swoje życie, bo to ja je uratowałem, od twojego głupiego, tchórzowskiego czynu. Poza tym, czy nie tego chciałeś?
Pytanie ociekało jadem. Chłopak poczuł się jeszcze gorzej niż wcześniej.
- Obiecałeś mi szczęście! Szczęście! Czy ja ci wyglądam na szczęśliwego?!
- O nie nie nie, robaczku. Obiecywałem ci usunąć przedmiot twoich cierpień. I oto masz! Jeśli się nie mylę, wszystkie twoje cierpienia brały się z wyglądu. Czy to nie dlatego rzesze twoich rówieśników śmiały się przechodząc obok, bo miałeś azjatyckie rysy? Czy nie to było przedmiotem twoich cierpień?
- NIE! - wykrzyknął czując, że łzy zasychają mu na twarzy. Już nie miał siły płakać. - Z nimi... z nimi miałeś coś zrobić nie ze mną! To oni mnie krzywdzili, nie ja sam siebie!
- Ale to z ciebie się śmiali - zauważył mężczyzna. - Nie mogłem nakazać im przestać się z ciebie śmiać. To byłoby złamanie ich wolnej woli, a choć jestem odrażającym potworem, tej złamać nie mogłem. Choćby dlatego, że nie mam aż takiej siły. Więc zrobiłem co mogłem - zmieniłem ciebie.
Chłopak był pewien, że mężczyzna właśnie ocenia swoje dzieło. Patrzy w niesamowicie niebieskie oczy chłopaka, na nos i usta, na tak nie podobny Azjatom kształt twarzy. Jedyne co chłopak zachował ze swojego dawnego wyglądu to włosy a to i tak jedynie ich kolor. Wcześniej były całkiem proste. Później zaczęły lekko zawijając się przy końcach.
- Ta kobieta miała racje - przemówił już bardziej do siebie niż do niego. - Miała racje.
Jakkolwiek nie starał się przekonać swoich rodziców, oni nie wierzyli mu kompletnie, że ten niepodobny w żaden sposób chłopak jest w istocie ich synem. Nie dały nic przekonania, płacz. Mówienie o sprawach, o których tylko syn by wiedział pogorszyło tylko sytuację - rodzice wezwali policję. Powiedzieli, że "ten chłopak" włamał się do mieszkania, stara się wmówić im, że jest ich synem ("Jakbym sama nie była w stanie poznać swojego dziecka!") a dodatkowo posiada o nich osobiste informacje. Podejrzewali, że siłą wyciągnął je z ich syna, by później móc go udawać. Wymyślili całą intrygę, w której bezdomny, pozbawiony rodziny chłopiec lub inaczej - kłamca, brutal i materialista - postanowił podszyć się pod jakieś dziecko z w miarę bogatej rodziny, by móc mieszkać w ich domu i cieszyć się ich opieką. I choć plan ten z samego założenia był co najmniej idiotyczny, to wszyscy w to uwierzyli. Bo łatwiej było im uwierzyć w czyjąś głupotę niż to, że niepełnoletni chłopak w odstępie zaledwie dnia, całkowicie odmienił swój wygląd. Tak więc załamany, bardziej samotny niż kiedykolwiek chłopak został poddany szeregu przesłuchań, rozmów z psychologami i psychiatrami, a gdy powtarzanie wszystkiego od początku nie przynosiło już kompletnie żadnych rezultatów, wyznał całą prawdę. A wówczas zrobiło się jeszcze gorzej.
I tak spędził kilka lat truty lekami, po których wydawało mu się, że czuje ból przy myśleniu, a przynajmniej znacznie je spowalniało. Codziennie wmawiano mu, że nie nazywa się tak, jak nazywano go od urodzenia, że jego rodzina, jedyna jaką miał, nie jest jego rodziną, a on sam nie ma prawa oceniać jak wyglądał przez całe swoje życie. W końcu sam zaczął w to wierzyć, a przynajmniej nie miał już siły zaprzeczać.
Gdy był już pełnoletni ruszył w świat z nowym imieniem i nazwiskiem, starając się samego siebie przekonać, że cokolwiek się zdarzyło nie było prawdziwe. Mógł zacząć wszystko od nowa, założyć własną rodzinę w zastępstwie starej, zdobyć przyjaciół i zostawić za sobą jedynie wpis w dokumentacji przypominający o tym wszystkim.
Nie wiedział jednak, że był to jedynie początek jego problemów.
~*~
Daniela odstawiła krzesło na bok i schyliła się w kącie pokoju. Kwiat w złotej donicy, przypominający swym wyglądem bardziej małe drzewo wsparte na złotym kiju, łaskotał ją liśćmi po plecach. Z dużym trudem usiłowała sięgnąć po zmiotkę, która tkwiła za kartonem wypchanym po brzegi starymi czasopismami. Był tak ciężki, że nie udało jej się go przemieścić, więc musiała klęknąć przed nim i wyciągnąć rękę. Natrafiła palcami na pajęczynę i jęknęła z obrzydzeniem. Raven poruszył się w śnie na kanapie. Daniela zaobserwowała kątem oka, jak jego nogi zsuwają się z obicia i uderza piętami o podłogę.
Kobieta miała właśnie zmienić pozycję i ponownie spróbować dosięgnąć zmiotki, gdy usłyszała dźwięk otwieranych wejściowych drzwi i mocne ich zatrzaśnięcie. Z zaskoczenia i strachu natychmiast podniosła się z miejsca w rezultacie czego wsadziła głowę między liście kwiatu, które zaplątały jej się we włosy.
Do salonu weszła znajomo wyglądająca kobieta z kręconymi włosami. Ściągnęła z szyi purpurową chustkę i rzuciła ją na stolik przed kanapą. Nachyliła się nad Ravenem i zaczęła nim energicznie potrząsać. Mężczyzna jedynie pomachał nieprzytomnie ręką, nadal w głębokim śnie. Kobieta wyprostowała się i oparła dłonie na biodrach. W tym samym czasie Daniela wyszła spod kwiatu, zwracając na siebie uwagę nieznajomej.
- O! - zdziwiła się. Spojrzała na mężczyznę, a następnie przeniosła wzrok na Danielę. - Pozwolił ci ze sobą zamieszkać?
Nagle Danielę olśniło. Przyjrzała się bliżej kobiecie. Była bardzo wysoka i smukła, co jeszcze bardziej podkreślała dobrze dobrana sukienka z delikatnym wzorkiem. Twarz miała pociągłą, z ostrymi rysami twarzy, która przy jej zdenerwowanej minie przedstawiała się dość przerażająco, szczególnie w połączeniu z cienkimi ciemnymi brwiami i bardzo jasną cerą. Kręcone włosy opadały jej na ramiona, w niektórych miejscach przytrzymane spinkami.
- Zaraz! To ty mnie wkręciłaś z zaniesienie go do domu! - wydarła się Daniela. Raven leniwie otworzył jedno oko, czego żadna z pań nie zdawała się zauważyć.
- Na dobre ci to wyszło! - zauważyła, dumna z siebie. Spojrzała na Danielę i podniosła jedną brew. - Czy to koszula Ravena?
Daniela uszczypnęła bladoniebieski materiał. Nie miała ze sobą swoich ubrań, a nie chciała pobrudzić jedynej posiadanej bluzki, więc wzięła pierwszą lepszą, która leżała na podłodze i nie śmierdziała potem i brudem.
- Niech cię szlag, Amanda! - Obie spojrzały na kanapę. Raven przecierał zaspaną twarz, spoglądając wilkiem na kobietę. Wzrok miał bardzo przytomny. - Co ty tu robisz... znowu?
- Jak to co, leniu ty?! - wydarła się na niego, łapiąc za róg kołdry, którą miał przykryte nogi. - Obijasz się przez cały tydzień a ja cię jeszcze musiałam w środku nocy do domu targać! Myślałam, że sobie coś ustaliliśmy - ty pracujesz, ja ci płacę!
Raven zaczął rozglądać się po stole i zaglądać do stojących na nich szklanek, szukając czegoś w czym mógłby zrobić sobie kawę. Daniela od razu pobiegła do kuchni i przyniosła mu gotowy napój. Zaskoczony spojrzał do podanego mu kubka, wciągając nosem zapach kawy.
- Raven, czy ty mnie, do cholery jasnej, słuchasz choć trochę?! - warknęła Amanda. Daniela ze strachu odskoczyła w tył, prosto na krzesło, które wcześniej przesuwała.
- Nie - odpowiedział zwykłym tonem Raven, podrywając się z kanapy i wypijając zawartość kubka. Położył go na stole i zaczął iść w kierunku przedpokoju. Amanda prychnęła zezłoszczona i poszła za nim, cały czas obsypując go wszystkimi znanymi jej bluzgami. Od tego nagłego pojawienia się jej w domu, Daniela zapomniała o swoim zajęciu, więc gdy tylko kobieta była na tyle daleko, że jej krzyki choć trochę zesłabły, zaczęła ponownie sięgać po zmiotkę.
Raven pojawił się w salonie już przebrany i umyty. Rozejrzał się po pokoju, ale nigdzie nie dostrzegł Danieli. Dopiero gdy usłyszał dziwne pukanie, zauważył ją w rogu pokoju, czyszczącą pajęczyny między segmentem a ścianą. Zbliżył się do niej, a ona niepewnie wychyliła się ze swojej kryjówki, rzucając spojrzeniem do salonu.
- Nie ma jej? - zapytała szeptem. Raven oparł się łokciem o drzwiczki szafki w segmencie.
- Amandy? Nie, nie ma. Poszła, jak obiecałem jej, że zajmę się zaległą pracą. - Daniela spojrzała na niego pytająco. - Amanda to dziennikarka. Czasem potrzebne są mi pewne informacje... W każdym razie za pomoc i małą zapłatę, pracuje w magazynie. Układam nowe wydania gazet.
Daniela pokiwała głową ze zrozumieniem.
~*~
Podjął się pracy w magazynie. Jeden ze współpracowników zaoferował mu nawet spanie w jednym z pokoi swojego mieszkania. Był już dość stary, mieszkał sam, a mieszkanie miał stanowczo za duże. Poza symboliczną opłatą prosił tylko, by pomagał mu w niektórych pracach, których z racji wieku nie był w stanie wykonać, czasem podlał kwiatki czy spróbował naprawić telewizor. Kiedy pojechał na urlop do swojego syna, pozostawił chłopakowi mieszkanie do opieki. Ten zaczynał powoli zbierać pieniądze aby na dobre wkroczyć do życia.
Mniej więcej dwa tygodnie później skończyły mu się leki. Ciągle zapominając o kupnie nowych, a później stwierdzając, że w zasadzie nie widzi różnicy przy używaniu ich czy nie, już trzeci dzień obywał się bez nich. Czuł się świetnie - otępienie lekami zniknęło, nie od razu, ale na dobre. Zauważył nawet, że spokojnie obywał się bez leków na sen, po których miał trudności by wstać i okropnie się ślinił.
Jednej z nocy ułożył się zmęczony na łóżku, jak zawsze po ciężkiej pracy niesamowicie doceniając miękkość poduszki i ciepło kołdry. Zasypiał już z głową planów na następny dzień, rzeczami o których chciał pamiętać gdy wstanie rano a które dały o sobie znać dopiero teraz, gdy wdarło się do nich coś nowego.
Z początku wziął to za zapadanie w sen, albo może już sen sam w sobie.
[Zrobię to dzisiaj, przysięgam, zrobię to dzisiaj!]
[Już dłużej nie wytrzymam!]
[Ciekawe czy ktoś by zauważył...]
[Pewnie nikt o niczym nie wie]
Wydawało mu się, że to jego myśli, z czasu gdy postanowił odebrać sobie życie. Były takie znajome. Ale nie rozumiał, dlaczego każdej myśli towarzyszył inny głos. Kobiecie i męskie, od dziecinnych do starczych. Starał się zasnąć, ale głosy mu na to nie pozwalały.
[Może zrobię to dziś? Jak wyjdę w nocy to nikt nie zauważy...]
Ostatni głos należał do młodej dziewczyny. Nigdy wcześniej go nie słyszał, ale był przekonany, że osoba do której należy musi być niezwykle piękna, słodka i niewinna. Coś takiego słyszy się w głosie. Tym bardziej nie potrafił zrozumieć, dlaczego taka piękność chciała dopuścić się czegoś takiego.
Nawet nie zauważył kiedy zaczął wierzyć, że głosy które słyszy należą do konkretnych osób a to co mówią jest ich prawdziwymi słowami. Wsłuchiwał się w słodki głos dziewczyny, skupił się na nim tak mocno, że wszystkie inne zniknęły.
Kolejny dzień był dniem powrotu właściciela mieszkania. Przyjechał uradowany, z jeszcze większą ilością bagażu niż z jaką wyjechał. Opowiadał o spotkaniu ze swoim synem, podczas gdy chłopak przygotowywał sobie śniadanie. Potem mężczyzna wysłał chłopaka do sklepu po kilka produktów, samemu zajmując się rozpakowywaniem bagaży.
Kiedy chłopak przechodził się po mieście, niechcący wpadła na niego rozpędzona dziewczyna. Odgarnęła długie włosy z twarzy i z przepraszającym uśmiechem bąknęła coś nieśmiało pod nosem. Chłopak spojrzał jej prosto w oczy, aż za dobrze wiedząc, skąd zna jej głos.
- Nie rób tego - wypalił, nim zdążyła zniknąć. - Nie rób.
Rzuciła mu spojrzenie przez ramię, spojrzenie pełne zaskoczenia. I uśmiechnęła się. Smutno.
Nie myśląc co robi pobiegł za nią. Ignorując logikę, która pchała mu do głowy, że to niemożliwe, by słyszał dziewczynę we śnie, biegł za nią święcie przekonany, że chce się zabić.
W pewnym momencie drogę zagrodził mu on. Ze swym nierozłącznym kpiącym uśmiechem stanął przed swoją ofiarą.
Kiedy po wyjściu Amandy, Daniela opadła na fotel, czuła, że dłużej nie może tego odkładać.
- Nie wiem – przemówiła, patrząc mu prosto w oczy. - Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Naprawdę.
Raven skinął głową.
- Wiem, ale postaraj się dokładnie wszystko powtórzyć.
- Em... oni... Jeden nazywał się Sabrian...
- To wiem.
- Ah... no dobrze...
- Mówili, co od ciebie chcieli?
- Nie... hm... bali się mnie. Nie wiem czemu. Ale coś wspominali... ah! Antraktor!
Raven wyraźnie się ożywił.
- Mówili, że znaleźli Antraktora... coś tak jakbym ja była Antraktorem. Nie wiem co to jest.
- W porządku. Ja aż za dobrze wiem, co to jest.
~*~
- Miło znów cię widzieć, drogi chłopcze.
- Ty...
- Zanim rzucisz mi się do gardła, wiedz, że to bezcelowe.
Powstrzymując się ostatkiem sił, chłopak zacisnął pięści, ale pozostał na miejscu.
- Dobrze, hehe. Straciłem cię z oczu na parę lat... ale widzę, że i beze mnie zrozumiałeś, na czym to wszystko polega.
- „To wszystko”?
- Cóż... kiedy człowiek postanawia popełnić samobójstwo, u jego boku pojawiają się dwie jedynie jemu widoczne osoby. Jedna z nich przekonuje go, aby rzucił w niepamięć złe chwile, pozbierał się i otrząsnął, wrócił do swojego zwykłego życia. Druga mówi o pewnej możliwości. Jest nią kontrakt, który zawarty z tą osobą, sprawia, że wszystkie życiowe problemy znikają. Od razu, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki... Ale to już wiesz. Nie wiesz jednak, że decydując się na moją pomoc.. zawarłeś kontrakt. A kto go podpisze kontrakt, staje się Kontraktorem. Osobą, która po zawarciu kontraktu z innym samobójcą, staje się nieśmiertelna, potężna...
- I traci dusze – usłyszał głos zza pleców. - Bezpowrotnie. Z wyjątkiem pewnej sytuacji.
Wszystko to mówiła stara, tak stara, że wyglądająca już na nieżyjącą, kobieta. Z pogardą patrzyła na jasnowłosego mężczyznę.
- Jeśli znajdziesz drugą osobę, może zwrócić ci duszę. Zwie się ją Antraktorem.
Przez twarz mężczyzny przebiegł dziwny grymas.
- Tacy jak Sabrian boją się Antraktorów – ciągnęła kobieta. - Musisz znaleźć jednego z nich, aby rozwiązać kontrakt. I odkupisz swoją duszę, Ranmaru Shiki.
niedziela, 23 grudnia 2012
Kontraktor II
~*~
Stał na krawędzi, a szalejący na tych wysokościach wiatr co rusz zawiewał mu włosy za twarz. Gdy pochylał się lekko oceniając wysokość. złoty łańcuszek, podarunek od matki, kołysał się nad przepaścią. Ostatecznie chłopak cofnął się i zawrócił, jak robił to codziennie.
Zabicie się wymagało zbyt dużej odwagi.
W szkole znów zaczęło się od tego samego. Starając się zagłuszyć śmiech oprawców, skoncentrował się na lekcji, jednak myśli szybko odpłynęły mu ku rozmyślaniach o śmierci. Z jednej strony stojąc na krawędzi czuł, że jednak nie jest na to gotowy, z drugiej, nie mógł myśleć o niczym innym. Podświadomie chciał by ktoś wyciągnął do niego rękę, pomógł uwolnić się z dna rozpaczy. Ale nikt nie postrzegał jego cierpienia a on bardzo starał się, by tak zostało. Nie pokazując, że jest mu źle, ale chcąc pomocy - ot, paradoks zwykłego człowieka.
Następnego dnia było gorzej. Niemal z rozpędu wkroczył na krawędź, zamknął oczy aby dodać sobie odwagi, z pełnym przekonaniem wystawił nogę poza krawędź. I gdy był niemal u celu, głowę zalała mu wizja tych wszystkich zmasakrowanych ciał, które trzeba było niemal zeskrobywać z chodnika. Zrobiło mu się niedobrze. Znów wycofał się, zasłaniając usta drżącymi dłońmi.
Męczył się w podobny sposób jeszcze kilka dni. Nie mogąc się zabić, ale nie mogąc również żyć, chciał coś zrobić. Zaczął od tego, co przyszło mu najłatwiej - przestał chodzić do szkoły. Ale to nie pomogło, a wręcz przeciwnie. Choć był już z daleka od swoich prześmiewców czuł wyrzuty sumienia przez okłamywanie rodziców. Wychowali go tak, by naukę traktował jak świętość, a poza tym, szanował ich, jak mało które dziecko w jego wieku. Niedługo z resztą zauważą, że zaczął opuszczać lekcje, a wtedy będzie jeszcze gorzej.
Wszystko to doprowadziło go znów do tamtej krawędzi. Choć starał się znaleźć inny sposób, tylko skok zdawał mu się najlepszym wyjściem. Nie mógł wziąć leków - rodzice nie brali prawie nic, poza tabletkami z witaminą C, powiesić się nie miał właściwie gdzie, a poza tym bał się, że nie umrze od razu a skona w męczarniach. Na podcięcie sobie żył nie miał również odwagi - bał się bólu, nie znosił widoku krwi. Gdy spoglądał w dół widział w głowie jak spada i przestaje widzieć. Od razu.
Po raz ostatni zamknął oczy. Nagle wszystko stało mu się obojętne. To jak będzie prezentować się jego ciało po śmierci, jak przyjmą to jego rodzice.
Leciał.
Gdzieś w trakcie lotu, przebijając się przez świst powietrza, usłyszał dwa głosy, idealnie zsynchronizowane. Był jednak pewien, że nie mówiła tego jedna osoba - jeden głos był z pewnością męski, a drugi kobiecy. Ich mowa przypominała śpiew, bardzo piękny. Dopiero po kilku minutach zrozumiał, że zwracają się do niego. Oraz że nie powinno ich tam być. Dalej nie otwierając oczu, zaczął się przysłuchiwać
"Pomogę ci, dam ci to czego pragniesz,
jednak jeśli upadniesz,
przekreślisz moje plany,
mój dar zostanie zmarnowany"
Od śpiewu odłączył się jeden głos, męski i zaczął przemawiać już normalnie, nie śpiewem i bez rymu.
[Mogę sprawić, że to co ci przeszkadza w dotarciu do szczęścia - zniknie]
Pieśń skończyła się, bo kobiecy głos również przestał śpiewać i sprzeciwił się pierwszemu głosowi.
[Nie słuchaj go! Oferuje ci złudną nadzieję, że jedną obietnicą pozbawi cię wszystkich zmartwień. Ja ci pomogę. Prawdziwie. Nie tak szybko, nie tak skutecznie, ale nie obowiązywać będzie cię za to żadna cena]
[Nic nie załatwi! U mnie to jest pewne, jedno twoje słowo i wszystkie troski znikną!]
[Nie daj się na to nabrać, wiesz, że to nie możliwe]
~ To wszystko jest niemożliwe.
[Skoro tak, czemu nie wybierzesz?]
[Nie okłamuj go! To wszystko jest prawdziwe, jak on sam!]
~ A może mnie już nie ma?
[Decyduj. Idziesz z nią, czy ze mną? Z obietnicą poprawy, czy jej zapewnieniem?]
Sam o tym nie wiedział, ale już dawno zdecydował.
~*~
Młody mężczyzna o długich blond włosach wpatrywał się tępo w restaurację po drugiej stronie ulicy. Stał nieruchomo, więc rzucał się w oczy wśród ruchliwego tłumu, jaki przemieszczał się po placu. Nikt jednak nie zwracał na niego najmniejszej uwagi.
Blondyn spoglądał dokładnie w okno lokalu, przez które widział dwoje ludzi siedzących przy stoliku. Jednym z nich był mężczyzna, którego szukał od dłuższego czasu. Gdyby mógł, zacisnąłby zęby ze złości, nie chciał jednak, by tamten wyczuł jego obecność. To i tak cud, że blondynowi udało się dojść tak blisko, bez alarmowania tamtego mężczyzny. Kiedy już tam stał, wystarczyło, by wybiegł, a już będzie jego.
W pewnym momencie w restauracji wybuchnęło dziwne zamieszanie. Po nie całych trzech minutach drzwi restauracji otworzyły się i wyszedł nimi czarnowłosy mężczyzna, podtrzymując jakąś kobietę.
- Mam cię - szepnął do siebie blondyn.
Daniela otworzyła ospale oczy. Chciała podnieść się z pozycji leżącej, ale miała unieruchomioną rękę. Czuła się zbyt słabo, żeby rozglądnąć się dookoła, więc ponownie zamknęła oczy.
Usłyszała stłumione stukanie obcasów. Ktoś szedł w jej stronę, prawdopodobnie po drewnianej podłodze. Zatrzymał się i westchnął.
- Wydaje mi się, czy zasmarkany Ranmaru znalazł Antraktora? - odezwał się drwiący męski głos. Był dość dziwny. Daniela mogłaby przysiąc, że wypowiadająca te słowa osoba stała co najmniej metr od niej, jednak jej słowa słyszała bardzo wyraźnie, jakby dochodziły z jej własnej głowy.
- Na to wygląda - odezwał się inny głos, również należący do mężczyzny. Pochodził gdzieś z góry i tak samo jak poprzedni słyszała go bardzo wyraźnie. - Ciekawe tylko - zaśmiał się - czy ten dureń jest tego świadom?!
- Znając jego ignorancję to nie - odezwał się pierwszy głos. - Ale czy wie czy nie, przylezie tutaj. Z własnej głupoty.
- Sabrian, nie bądź taki tego pewny! Miałeś go złapać pod restauracją, ale nawiał. Mamy ją. Coś ty jej w ogóle zrobił?! Wygląda jakby była wpół drogi na tamten świat!
- Cicho siedź, Sylwan! - warknął na niego. - Już taka była, jak ten... ją stamtąd wyciągnął. Chyba zemdlała, czy jakoś tak. Mało mnie to obchodzi.
Daniela słuchała wszystkiego bardzo uważnie, udając, że jest nie przytomna, bo mężczyźni najwyraźniej nie zauważyli jej przebudzenia. Nie rozumiała wiele z ich rozmowy. Wiedziała tylko jak się nazywają i że szukają mężczyzny imieniem Ranmaru.
- E, czy ona się przypadkiem nie budzi? - zapytał Sylwan. Daniela usłyszała świst i cichy pisk, jaki wydają sportowe buty w kontakcie z podłożem. Starała się zachowywać spokojnie, nie zdradzać, że jest przytomna, co wychodziło jej z dużym trudem. - Ej! Słuchasz ty mnie?!
- Odejdź od niej, ty kretynie! - powiedział cicho Sabrian. Chyba starał się odciągnąć od niej Sylwana, bo ten zaczął wrzeszczeć, żeby go zostawił w spokoju. - To Antraktor! Nie wiem, na jakim jest poziomie, ale lepiej się do niej nie zbliżać. Od razu nas wyczuje. Chcesz nas zabić?!
Nastała cisza. Daniela wytężała słuch, ale nie docierało do jej uszu nic poza własnym oddechem. Taka cisza była bardzo nienaturalna, szczególnie w miejscu, gdzie oprócz niej znajdowały się jeszcze dwie osoby. W końcu pojęła, co jest nie tak.
Obaj mężczyźni nie oddychali.
Daniela zastanawiała się, czy otworzyć oczy. Nie mogła w nieskończoność udawać, że jest nieprzytomna. Podniosła powieki, obawiając się tego co zobaczy.
Pierwszym co zauważyła był drewniany sufit, pod którym przebiegały dwie grube belki. Nie słysząc ani nie widząc żadnej reakcji na jej przebudzenie, zrozumiała, że obaj mężczyźni zostawili ją samą. Odetchnęła i zaczęła się rozglądać dookoła.
Leżała na starym szpitalnym łóżku, przywiązana do niego za nadgarstki i kostki. Na wprost siebie widziała dużą, ciemną szafę, z której drzwiczek zwisało coś przypominającego białą suknię. Obok było małe, brudne okno, pod którym leżało kartonowe pudło przykryte parą dżinsowych spodni i męską koszulą. Dalej, na sąsiedniej ścianie zobaczyła otwarte drzwi, prowadzące na wąskie schody. Więcej nie widziała, bo nie sięgała dalej wzrokiem.
„Co tu się u diabła dzieje?! - zapytała się w myślach. - Matko Boska, a myślałam, że dziwniejszego życia mieć nie mogę!”.
- Ty! - usłyszała krzyk. Spojrzała w stronę drzwi, w których stał krótkowłosy mężczyzna o bardzo szczupłej budowie ciała i wąskich oczach. - Jednak się obudziła, mówiłem ci.
Drugie zdanie skierował do stojącego za nim blondyna, który schowany za jego plecami, umknął uwadze Danieli.
- A ja ci mówiłem, żebyś tu nie wracał! - szepnął blondyn, stając koło niego. Kobieta poznała ich głosy; Sylwan i Sabrian. - Dopóki Ranmaru po nią nie przyjdzie, nie mamy potrzeby zaglądania tu!
- Weź przestań! Gdyby była niebezpieczna, już by nas tu nie było. - Sylwan odważnie podszedł do łóżka Danieli i pochylił się nad nią. Posłał jej okropnie szyderczy uśmiech, na który kobieta odpowiedziała mu wystawiając środkowy palec prawej ręki przywiązanej do oparcia łóżka. Krótkowłosy otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. Zza pleców dobiegł go chichot Sabriana.
Daniela spoglądała z obojętnością na ich wymianę zdań, jeśli można by tak to określić. Sylwan warknął na blondyna i złapał go za przód jasnej koszuli którą miał na sobie. Ten odepchnął go jedną ręką tak, że krótkowłosy aż się zatoczył. Tylko tym zdenerwowany zaczął obrzucać przyjaciela wszystkimi znanymi mu wyzwiskami w kilku językach.
Kobieta uśmiechnęła się pod nosem. Co prawda nie wiedziała gdzie jest, kim są ci dwaj i czego od niej chcą, ale nie napawało jej to lękiem. Wiedziała, że gdyby chcieli ją skrzywdzić, zrobiliby to już dawno, kiedy była nieprzytomna. Nawet później, jak już się obudziła, była tak samo bezbronna, a oni mimo to nawet jej nie tknęli. W dodatku zachowywali się jakby to ona miała im coś zrobić.
Nie sprawiało to jednak, że czuła się komfortowo. Wciąż nawiedzało ją to dziwne uczucie, które poczuła jedząc z Ravenem śniadanie. Właśnie wtedy, gdy owe uczucie się nasiliło, Daniela zemdlała. Dalej jej wspomnienia się urywały.
Patrząc kątem oka na mężczyzn, którzy przeszli z przekleństw na walkę, zastanawiała się, ile z tym wszystkim na wspólnego Raven.
~*~
Czuł wiatr przerzucający mu włosy z jednej strony na drugą, czuł bezwładne ręce wiszące u boku. Coś było nie tak. Dalej stał. Nie otwierając oczu wyciągnął rękę przed siebie. Nie napotkała oporu. Więc to wszystko to było przewidzenie?
- Gratuluję słusznego wyboru - dobiegł go głos zza pleców. Drgnął wystraszony. Przydeptał butem za długą nogawkę, runął przez siebie. Coś złapało go za rękę. Otworzył oczy.
Ktokolwiek go złapał wciągał go właśnie z powrotem na dach. Chłopak, zaskoczony własnym brakiem reakcji - w końcu ktoś właśnie przeszkodził mu w samobójstwie - przeturlał się na bok i spojrzał w twarz swojemu wybawicielowi. Siedząc na ugiętych nogach, długowłosy mężczyzna w czymś przypominającym płaszcz z piórami uśmiechał się szeroko przymykając oczy.
- Muszę na ciebie uważać. Byłoby źle, gdybyś zwiał mi zaraz po zawarciu kontraktu.
- O czym ty mówisz? - wydusił z siebie chłopak. Mężczyzna podrapał się po obandażowanej szyi.
- O tym, że spełniłem twoje życzenie. Tak - pstryknął palcami - zabrałem od ciebie powód twojego nieszczęścia.
Wstał, przeciągnął się i zarzucił jasnymi włosami. Mruknął i zaczął się oddalać. W pewnym momencie jednak zatrzymał się na chwile, jakby o czymś sobie przypomniał, włożył rękę w kieszeń spodni i wyciągnął z niej mały przedmiot. Rzucił nim w chłopaka i... zniknął.
[To abyś był pewien, że dopełniłem swojej części umowy]
Przecierając poszkodowane czoło, chłopak spojrzał na lusterko którym obdarował go nieznajomy. Starając się znaleźć w nim coś niezwykłego, uchwycił swoje odbicie.
Lusterko z siłą uderzyło o beton, ani myśląc się tłuc.
sobota, 22 grudnia 2012
Kontraktor
Historia która zakrawała na coś dłuższego, ale upadła pod naporem lenistwa i wątpliwości. Trochę inne spojrzenie na diabelskie kontrakty i to, co ludzie nazywają podszeptami dobra i zła.
Kontraktor
Wiatr rozwiewał mu
włosy. Na wysokości dwudziestego piętra szalał jak opętany,
tylko pchając go ku krawędzi dachu. Powoli zaczął iść w jej
kierunku, obserwując swoje czarne buty na tle jasnego kamienia.
Powoli, ostrożnie, położył jedną stopę na podwyższeniu
krawędzi. Następnie zrobił to samo z drugą. Wszystko to robił
monotonnie, bez życia, z twarzą bez wyrazu, jakby jego uczucia
uleciały razem z wiatrem.
Stojąc na krawędzi
zamknął oczy. Pozbawiony w ten sposób jednego ze zmysłów, zaczął
wsłuchiwać się we własne myśli. Nie słyszał ich jednak.
Słyszał głosy tych ludzi. Głosy, które namawiały go, żeby
zrobił jeszcze jeden krok... Ale były tam też dwa inne głosy,
których nigdy wcześniej nie słyszał. Jeden był niezwykle piękny,
uspokajający. Drugi nie już nie tak piękny, ale na swój sposób
niezwykły. Choć różne i różnymi słowami, mówiły mu to samo.
Namawiały to tego samego.
Otworzył oczy i powoli
zaczął obracać głowę, chcąc zobaczyć czy owe głosy pochodzą
zza niego. Gdy jednak to zrobił, poślizgnął się i jedyne co
słyszał to szum wiatru. Wiatru, który stawał mu na drodze w dół,
na ziemię z dwudziestego piętra. Chociaż tego chciał, w połowie
drogi narodziła się w nim pewna myśl.
- Ja... nie chcę
umierać...
~*~
Kasztanowłosa kobieta,
w wieku około dwudziestu lat, ubrana w mocno poniszczoną bluzę z
kapturem i dżinsy, zatrzymała się między grobami. Uklękła przed
nagrobkiem z jasnego granitu, na którym połyskiwał wyryty złoty
napis: Georgia Michaels.
Kobieta wyciągnęła z
kieszeni bluzy kawałek kartki i położyła go przed nagrobkiem.
Jeszcze przez chwilę ze smutkiem spoglądając w jego kierunku, po
czym energicznie wstała i westchnąwszy, ruszyła ścieżką między
grobami.
Przy wejściu na
cmentarz czekał na nią mężczyzna. Osoby, które przechodziły
koło niego, rzucały mu nie miłe spojrzenia. Miał niesamowicie
niebieskie oczy i włosy bardzo ciemne włosy, kontrastujące z jasną
cerą, przez co sprawiał wrażenie osoby chorej. Ubrany w ciemną
koszulę i spodnie, wydawał się jeszcze chudszy i wyższy niż był,
przez co wyglądał jak „typ spod ciemnej gwiazdy”, osoba
niebezpieczna, której należy unikać.
- Zostawiłaś list
matce? - zapytał mężczyzna, chłodnym, nieco współczującym
głosem. Kobieta poprawiła włosy, które zasłaniały jej twarz i
zgodnie kiwnęła głową. Jej zielonobrązowe oczy zalśniły, nie
wiadomo było jednak czy od łez, czy też był to zwyczajny wpływ
słońca. Mężczyzna nie zastanawiał się nad tym. - Możemy już
iść, prawda?
- Tak - przyznała,
powoli go mijając. Zatrzymała się na kilka kroków przy bramie i
spojrzała za siebie nieobecnym wzrokiem.
- Coś się stało? -
zapytał towarzysz, widząc jej spojrzenie. Ona w odpowiedzi jedynie
lekko się uśmiechnęła.
- Nic takiego.
Zwyczajnie przypomniałam sobie dzień, w którym cię spotkałam.
Wtedy też przyszłam na cmentarz z listem - mówiła rozmarzonym
tonem. Przestała jednak wspominać i machnęła ręką, aby
przywołać do siebie mężczyznę. - Chodźmy. Mamy w końcu coś do
zrobienia.
***
Daniela siedziała na
schodach i rozglądała się po ulicy. Był środek nocy, więc
wszystko tonęło w ciemnościach a jedyna działająca uliczna lampa
znajdowała się daleko od niej, tak, że jedyne co oświetlała w
zasięgu jej wzroku, to zarysy ceglastych, czerwonych ścian
budynków, pokrytych czymś podobnym do sadzy, niczym po pożarze.
Nic poza tym nie dało się dostrzec, a kobieta nie miała ze sobą
latarki. Zapalniczka, którą kupiła za kilka groszy, przestała
działać, tak więc nawet nie mogła oświetlić nazwy ulicy, na
której się znajdowała.
W pewnym momencie
usłyszała czyjeś kroki na mokrym od niedawnego deszczu asfalcie.
Rozejrzała się w ciemnościach, wytężając wzrok. Od strony
jedynej lampy na ulicy, szły dwie osoby. Jedna z nich podtrzymywała
drugą i mówiła coś do niej rozeźlonym tonem. Daniela, widząc,
że idą w jej kierunku, wstała z miejsca i ignorując zdrętwienie,
zaczęła się do nich zbliżać. Im bliżej była, tym lepiej
widziała kto szedł, bowiem jedna z osób oświetlała sobie drogę
telefonem komórkowym, który zresztą nie był zbyt pomocny. Nikłe
światło wyświetlacza wystarczało jednak na to by dostrzec, że
osobami zbliżającymi się w kierunku Danieli, była wysoka kobieta
z mocno kręconymi włosami oraz nieprzytomny mężczyzna, którego
prowadziła. Miała niezadowoloną minę i klęła pod nosem.
Zobaczywszy Danielę przestała i uśmiechnęła się serdecznie.
- Świetnie! - zawołała
radosnym głosem pełnym ulgi. - Zaprowadzisz go do domu? W którejś
kieszeni ma kluczyki. Mieszka pod piętnastką. Zawsze ktoś go
przyprowadza do domu. Tym razem padło na mnie. No, bierz go. Myślę,
że się nie obrazi, jak prześpisz się pod jego dachem. Masz chyba
problemy z domem, prawda?
Daniela poprawiła
sobie włosy, jak gdyby miało to jakoś specjalnie poprawić jej
wizerunek. Nie była bezdomną żebraczką, ale przemoczona i
zmęczona, najprawdopodobniej kogoś takiego przypominała.
Szczególnie, jeśli siedziała na schodach domu obcego mężczyzny w
środku nocy.
- Nie wiem o co pani
chodzi - odezwała się Daniela, gdy kobieta przewiesiła jej przez
ramię rękę mężczyzny, który nadal nieprzytomny, otulony w
czarną kurtkę, przypominał worek kartofli. W dodatku dość
ciężki, jak zdążyła się przekonać.
Nieznajoma roztarła
dłonią własne ramię, dumna z tego, że zrzuciła obowiązek
doprowadzenia mężczyzny do domu na kogoś innego. W ten sposób
mogła wreszcie udać się do miejsca, gdzie powinni być normalni
ludzie o takiej godzinie, zamiast stać w chłodną noc na ulicy i
klnąc na nieprzytomnego człowieka.
- Ej! Niech pani
poczeka! - zawołała Daniela, gdy kobieta, uwolniona od ciężaru
mężczyzny, lekkim krokiem zaczęła się oddalać. - Co ja mam
zrobić?!
- Zaprowadź go do
domu! - rzuciła nieznajoma, nawet nie odwracając głowy.
Przez jakiś czas
słychać było jedynie stukanie obcasów o asfalt, które stopniowo
zanikało wraz z oddalaniem się kobiety. Nadal zdezorientowana
Daniela przyjrzała się mężczyźnie, który uwieszony jej ramienia
wyglądał jakby spał. Starając się jakoś pozbierać do kupy,
kobieta zaczęła przeszukiwać kieszenie nieznajomego. Szybko udało
jej się znaleźć mały srebrny kluczyk, który przez chwilę
obracała w dłoni. Tak właściwie nie była pewna, czy jest
srebrny, ponieważ gdy odeszła nieznajoma kobieta, zabrała ze sobą
telefon komórkowy a tym samym jedyne źródło światła.
- Boże spraw, żebym
już nigdy nie musiała znajdować się w takiej sytuacji - szepnęła
do siebie Daniela, ściskając klucz.
Zrzuciła stertę gazet
z drewnianego krzesła i przysunąwszy je bliżej kanapy, usiadła na
nim. W ręce trzymała biały kubek ze śmiesznym rysunkiem i
popijała z niego kawę. W przerwie między łykami obserwowała
mężczyznę, który kręcił się w śnie na kanapie, przykryty po
czubek głowy kocem. Nie widząc w tym nic ciekawego, Daniela
przerzuciła wzrok na ścianę.
Pierwsze co rzuciło
jej się w oczy po wejściu do domu nieznajomego, to wszechobecny
bałagan. Na podłodze było wszystko, począwszy od części
garderoby, na spleśniałym jedzeniu skończywszy. Wszystkie sprzęty
elektroniczne pokryte były grubą warstwą kurzu, a w rogach ścian
wisiały pajęczyny. I to był dopiero początek. Prawdziwy bałagan
zobaczyła po wejściu do pierwszego pokoju na jaki się natknęła.
Dosłownie wszystko, kanapa, telewizor, krzesła, przykryte były
starymi gazetami. Złożone z nich kolumny piętrzyły się przy
oknie zasłoniętym błagającą o wypranie żółtawą firanką,
zwieszającą się z niezbyt wysokiego sufitu. Na ścianach nie widać
było tapety czy też farby, ponieważ całe oblepione były
wycinkami z gazet, prawdopodobnie z tych porozrzucanych po całym
pomieszczeniu. Większość, a może i wszystkie, jak zauważyła
Daniela, były wycinkami z informacjami o samobójcach. Zaczęła się
wtedy zastanawiać, czy może mężczyzna, którego bez zbędnych
grzeczności zrzuciła w przedpokoju na podłogę, nie interesuje się
osobami chcącymi się zabić. Może był policjantem, który uważał,
że to nie były samobójstwa?
Po zapoznaniu się z
wnętrzem, wróciła do przedpokoju i zarzuciwszy sobie rękę
mężczyzny na ramię, przyprowadziła go do salonu. Z trudem udało
jej się położyć go na kanapie, z której nawet nie zrzuciła
gazet. Będąc pewną, że mężczyzna nadal jest nieprzytomny i nie
spadnie z mebla, rozejrzała się po domu szukając jakiegoś koca. W
poszukiwaniu go trafiła do kuchni, gdzie panował taki sam bałagan
jak w reszcie domu z tym wyjątkiem, że tam widać było żółtą
kwiecistą tapetę, a nie same wycinki z gazet. W końcu na jednym z
kuchennych krzeseł znalazła stary koc i wróciwszy do salonu
przykrywa nim mężczyznę. Nie wiedząc co ze sobą zrobić, wróciła
do kuchni. Znalezienie naczynia, które nie kleiłoby z brudu i
resztek jedzenia, zajęło jej kilkanaście minut nieustannego
przeszukiwania wszystkich szafek. W końcu znalazła biały kubek,
który miał jedynie zacieki po herbacie. Będąc już zmęczoną po
poszukiwaniach, nie miała siły na szukanie kawy. Ta na szczęście
jednak, stała na małym kwadratowym stole, tuż koło zwiędłych
kwiatów.
Wróciła do
poprzedniego pomieszczenia i w ten sposób znalazła się na krześle,
obserwując mężczyznę.
Za oknem zaczęło się
przejaśniać. Daniela rozglądała się po ścianach, szukając
jakiegoś zegarka, ale jedyne co widziała to wycinki. Cała masa
wycinków. Jak ktoś może mieszkać w takim domu? Nic dziwnego, że
tu prawie nie bywa, pomyślała.
- Ej, ty! - odezwał
się ochrypły głos. Zaskoczona Daniela spojrzała na kanapę.
Mężczyzna ściągnął koc z głowy i starał się usiąść, co
robił dość powolnie i nieporadnie. Osiągając w miarę pionową
pozycję, złapał się za głowę i wydał z siebie cichy jęk.
Daniela wypiła łyk kawy.
- To nie ja odpowiadam
za twojego kaca, więc nie mów do mnie takim tonem - zażądała
Daniela, obracając kubek w dłoniach.
- Nie mam kaca -
wyjaśnił po odchrząknięciu. Teraz mówił miękkim, przyjemnym
głosem, nieco jednak obrażony. Zmrużył oczy i spojrzał na
kobietę. Spoglądał na nią przez jakiś czas, starając się
jednocześnie jakoś doprowadzić do porządku. Poczochrał ręką
włosy, wytarł kocem twarz, ściągnął czarną kurtkę. Nadal nie
prezentował się przytomnie i schludnie, ale przynajmniej można
było dostrzec jego twarz.
Daniela ze zdumienia
omal nie wypuściła trzymanego kubka. Mężczyzna, którego jeszcze
nie tak dawno wzięłaby za czterdziestolatka, wyglądał jak jej
rówieśnik, mający nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Miał
niesamowicie czarne włosy, sięgające może trochę za ucho. Ciemne
miał także grube, długie rzęsy. Oczy, tak niesamowicie
niebieskie, wówczas sprawiały niezbyt przytomne wrażenie. Jego
cera była dość blada, co dziwnie wyglądało w połączeniu z
ciemnymi włosami.
- Co się gapisz? -
zapytał niemiło, wstając z kanapy i kopiąc butem gazety, żeby
zrobić sobie przejście. Obszedł mebel i stanął, wpatrując się
w kobietę. Daniela spuściła wzrok, a mężczyzna wyszedł z
pomieszczenia drzwiami do kuchni. Przez pewien czas słychać było
tylko dźwięki obijanych szklanek, wody i samochodów mijających
dom.
Daniela obróciła się
na krześle i wychyliła, chcąc zobaczyć, co robi mężczyzna. Nie
widziała dużo, ale wystarczyło jej to by zrozumieć, że tak jak
myślała, szykuje sobie śniadanie. Przez pewien czas wiercił się
po kuchni, przeszukując szafki. Kobieta zajrzała do pustego kubka,
który nadal nieświadomie ściskała w dłoni. Wstała i poszła w
stronę drzwi. Oparła się o framugę i zaczęła kołysać kubkiem
zawieszonym na małym palcu. Mężczyzna spojrzał na nią kątem
oka. Oparł się o zlew i westchnął. Po krótkim namyśle szybko
się odwrócił i zabrał Danieli kubek.
- Dziękuję - wycedził
i podszedł ponownie do zlewu.
- Nie wiem kim jesteś,
ani co robisz - zaczęła śmiało Daniela - ale nie wyobrażam sobie
żadnych okoliczności w których można by doprowadzić dom do
takiego stanu.
- W takim razie masz
słabą wyobraźnię - stwierdził mężczyzna. - Co ty tu tak
właściwie robisz?
- Szukam mieszkania -
odpowiedziała Daniela, podchodząc do niego i opierając się
plecami o szafkę. Pchnęła przez przypadek patelnię, która
zjechała po górze brudnych naczyń i wpadła do zlewu, zatrzymując
się pod trzymanym przez mężczyznę kubkiem. - Siedziałam wczoraj
na schodach twojego domu i podeszła do mnie jakaś kobieta,
podtrzymując cię. W kilku zdaniach wyjaśniła, że mam cię
zanieść do domu i chyba się nie obrazisz, jak tu przenocuję. Jak
widać się myliła.
- Po przebudzeniu nie
mam dobrego humoru - przyznał. Starał się wyciągnąć patelnię,
ale rączką uderzył o szafkę na ścianie. Daniela wytrąciła mu
ją z ręki i jednym zgrabnym ruchem wyciągnęła ze zlewu. - Chyba
nie masz zamiaru tutaj zamieszkać, nie? Mój wystrój ci się nie
podoba. Swoją drogą, jestem Raven.
Daniela zmarszczyła
brwi.
- Dziwne imię -
przyznała. - A jeśli chodzi o dom, to jakby tu posprzątać, to nie
jest tak źle.
Rzuciła patelnię na
stół, bo tylko tam było miejsce i podążyła w kierunku lodówki.
Raven natychmiast rzucił się w jej
kierunku i złapał ją za rękę, którą wyciągała ku drzwiczkom.
- Lepiej tam nie
zaglądać - powiedział z przepraszająca miną. Daniela opuściła
rękę, a mężczyzna ją puścił. - Jak jesteś głodna, możemy
zjeść coś na mieście. Nigdy nie jem w domu.
Raven usiłował
zamknąć drzwi. Stosował wszystkie znane mu sposoby; kręcił
kluczem w prawo i lewo, trochę go wysuwał z zamka, ciągnął drzwi
do siebie. Ciągle jednak otwierały się, gdy tylko puszczał
klamkę. Klnąc pod nosem próbował dalej.
Daniela stała na
schodach, dwa stopnie niżej od niego i obserwowała ulicę.
Wyglądała bardziej przyjaźnie niż w nocy. Było słonecznie, jak
na tę porę roku. Po obu stronach spękanego, dziurawego asfaltu,
ciągnęły się rzędy czerwonych, ceglastych budynków. Przed
każdym z domów znajdował się trawnik, mniej lub bardziej zadbany,
zależnie od właściciela. Ten przed domem Ravena był jedynie
ziemią, gdzie sporadycznie wyrastały jakieś chwasty. Kobiety wcale
to nie dziwiło, w końcu jeśli mężczyzna nie był w stanie zająć
się własnym salonem, o reszcie domu nie wspominając, to czemu
miałby zajmować się trawnikiem?
- Zastanawiam się -
powiedział Raven, odwracając uwagę Danieli od ulicy - dlaczego
zostałaś u mnie na noc, nie wiedząc kim jestem. Mógłbym być
jakimś... pedofilem, zboczeńcem, czy kimś tam, mógłbym zrobić
ci krzywdę. To czemu, zostałaś?
Daniela spojrzała na
niego w chwili, gdy westchnąwszy, udało mu się w końcu poskromić
zamek. Energicznie zszedł po schodach, mijając kobietę, która
zastanawiała się nad odpowiedzią na jego pytanie.
- Gdybyś był
zboczeńcem... - zaczęła, schodząc na chdonik. - Wiesz, znając
życie, prędzej coś ciężkiego spadłoby ci na głowę, niż byś
mi coś zrobił.
- A co, wiedźmą
jesteś, czy jak? - zapytał, mrużąc oczy od słońca.
- Nie - odpowiedziała,
wkładając ręce do kieszeni płaszcza i ruszając chodnikiem. - Po
prostu... Wokół mnie działy się zawsze dziwne rzeczy. Moja matka
mówiła, że jestem wyjątkowa. Ja i tak zawsze myślałam, że to
zwykły pech.
- Aha - mruknął
Raven, idąc gdzieś za nią. Słyszała
szuranie jego adidasów o szare płytki chodnika.
Nigdy nie powiedziałaby
tego na głos, ale gdy mężczyzna przed wyjściem umył się i
przebrał, wydawał się być innym człowiekiem. Przystojnym
człowiekiem, co jednak nie umniejszało zgryźliwości jego
charakteru. Oczywiście nie powiedziała mu tego. Komplement ze
strony kobiety, mógłby być źle zrozumiany.
Ravien potrząsnął
swoją kurtką, a Daniela spojrzała na niego przez ramię. Mężczyzna
ruszał ręką schowaną w kieszeni kurtki i czegoś w niej szukał.
Po chwili uwolnił rękę, a w pięści ściskał kilka banknotów.
Spojrzał na nie i mlasnął.
- Mało tego -
zauważyła Daniela. Mężczyzna ją zignorował. - To na śniadanie?
- Co tak patrzysz? -
zapytał w końcu, lekko podenerwowanym tonem. - Dużo nie zarobię,
jak mnie nigdy w domu nie ma.
- A to tylko powód,
bym z tobą została - powiedziała śmiało Daniela, odwracając
wzrok na ulicę. Stojąc tyłem do Ravena nie widziała, jak ten
uśmiecha się pod nosem.
- Wiesz co? - zapytał.
Kobieta mruknęła. - Dziwna jesteś.
Oboje się zaśmiali.
- A to tylko początek!
- Możliwe... - Raven
zastanawiał się gdzie wsadzić pieniądze, ale stwierdziwszy, że
wszystkie kieszenie są za wąskie, postanowił trzymać je w ręce.
- Mam warunek. Nie, dwa. Zatrzymaj się na chwilę.
Daniela posłusznie się
zatrzymała i obróciła przodem do Ravena. Stanęła tym samym pod
słońce, więc zmrużyła oczy. Mężczyzna podrzucał banknoty w
dłoni.
- Pozwolę ci ze mną
zamieszkać - oznajmił, a na twarzy Danieli rozkwitł uśmiech -
ale... Co się tak szczerzysz? Wiesz, ja tam nie chwytam twojej
bajeczki o pechu, nie wiem, dlaczego mi ufasz, ale jeśli nie
będziesz pytać, gdzie i po co znikam na cały dzień, pozwolę ci
zostać.
- To jeden warunek -
zauważyła. - A drugi?
- Znajdziesz se pracę
i będziesz płaciła za czynsz.
Daniela przez chwilę
myślała, że mężczyzna żartuje. Uśmiechał się, dość
paskudnie, ale nie wyglądał jakby się z niej śmiał.
- Spokojnie, tylko
połowę - powiedział w końcu. Podszedł bliżej Danieli, złapał
ją za dłoń i położył na niej pieniądze, które od ściskania w
garści strasznie się pomięły. - No, to teraz jak wszystko
ustalone, pójdziemy na śniadanie. Strasznie głodny jestem.
- Ja też.
piątek, 21 grudnia 2012
Uzdrowicielka II
- Wybieramy
się do zamku. Wasz król kazał nam spotkać się tam z wojskami
innych krajów celem zawarcia pisanego pokoju - wyjaśnił wilczy,
ten sam co poprzednio. - Z początku do Ter-Sawel mieli przybyć
przedstawiciele władzy, może sami władcy. Nie wyraziliśmy na to
zgody a razem z nami reszta państw. Wysłano więc oddziały.
- Żeby
w razie potrzeby mogły się bronić - domyśliła się. - To wiele
wyjaśnia. W drodze tutaj widziałam kilku z Armii...
- Wasz
król...
- To
nie jest nasz król - poprawiła go z lekką złością. - Jestem z
Terrnei. Ryn, który mi towarzyszy, również - oznajmiła, choć nie
było to do końca prawdą. Trudno byłoby jednak wyjaśnić mu, skąd
dokładnie pochodzi Ryn.
- Rozumiem
- mruknął zmieszany. - W każdym razie król Ter-Sawel chciał
widzieć nawet oddział z Asury.
Wilczy
chciał najwyraźniej powiedzieć coś jeszcze, ale został zawołany
przez jednego z oddziału. Przeprosił więc i odszedł.
-
Asury na zamku? - mruknęła do Ryna. Mężczyzna zamyślił się. -
Nie wydaje ci się, że to wszystko może skończyć się wojną?
Król, co prawda, nie ten sam, ale doprowadzi do tej samej tragedii.
Eh... Nie chcę przeżyć kolejnej bitki ze strony Ter-Sawel.
***
-
Wracaj, ty złodziejska kreaturo! - krzyczał handlarz. Asu
zręcznie wyminęła grupkę ludzi tłoczących się przy straganie i
puściła się biegiem na ile pozwalały jej wysokie buty asury.
Widząc, że do handlarza dołączyło dwoje mężczyzn, zaczęła
biec na oślep, wywijając piruety wśród ludzi, ciągle skręcając
w boczne uliczki. Po kilku minutach biegu zatrzymała się, oparła o
mur. Nie dostrzegając niebezpieczeństwa zmieszała się z oddziałem
asur, które, z niewiadomego dla niej powodu, maszerowały przez
miasto. Za późno zrozumiała dokąd idą. Kiedy chciała się
wrócić została zatrzymana przez królewską straż i zmuszona do
powrotu do szeregu.
Szeregu,
który szedł właśnie do zamku króla.
***
Hei
rozejrzał się po wnętrzu, otworzył szerzej oczy ze zdumienia.
Sala zamku w którym kazano im się zatrzymać była po prostu
wielka. Miała trzy, może cztery piętra. Ściany od dołu do góry
ozdobione były licznymi malowidłami przedstawiającymi ważne
sceny, zarówno dla Ter-Sawel jak i innych krajów. Na malowidle
znajdującym się koło wejścia dostrzegł nawet ilustrację
przedstawiającą smoczego wojownika w dawnej, całkiem czerwonej
zbroi, stojącego koło wilczego trzymającego złamany miecz. Hei
pokiwał głową przypominając sobie, jakiego wydarzenia dotyczył
tamten obraz.
- Popatrz,
oddział Armii przy oddziale Asury - usłyszał szept za plecami.
Kilka osób westchnęło, kilka zaczęło mamrotać. Hei nachylił
się w stronę Seya.
- Cały
czas nie rozumiem tego uprzedzenia do asur - wyznał. Spojrzał w ich
kierunku. Oddział asur składał się głównie z kobiet, wyższych
niż inne, ubranych w pełną fioletowo-niebieskawą zbroję. Kiedy
widział je wcześniej, przyjrzał się nieco ich twarzom; asury z
natury miały fioletowy kolor włosów, intensywnie zielone oczy,
przypominające nieco oczy kota, wąskie ale ładne. Całą ich skórę
pokrywały dziwne paski, z daleka przypominające bordowe blizny.
Były zgrabne, zwinne, jak nikt potrafiły posługiwać się białą
bronią.
Osobiście
jednak uwielbiał je za wynalezienie purii.
-
Asury to... „poganki”. Wiesz, jak tutejsi ludzie są oddani
swoim bogom? - zaśmiał się Seya. - Nie mówię, że wiara to coś
złego, ale... Cała wojna, ta sprzed pięćdziesięciu laty była
winą ich religii. Asury zostały skrzywdzone najciężej; nie tylko
nie uznawały ich bogów to w dodatku twierdziły, że ich bogini,
Nadien, jest jedyną prawdziwą, więc uwzięto się na nie mocniej.
Koniec końców podbito ich kraj, ale widząc możliwość
wykorzystania ich umiejętności pozwolono im żyć w Ter-Sawel.
Hei
tylko westchnął ze współczuciem. Wiedział, że wojna zostawiła
swoje piętno na wielu krajach i grupach społecznych ale ciągle
dowiadywał się nowych okrucieństw, które za każdym razem tak
samo go wstrząsały.
***
Maruis
wyjrzał przez okno i stłumił westchnienie. Widział jak do zamku
wchodzą kolejne oddziały zbrojne sąsiednich państw, zazdrościł
tym, którzy mogli być świadkami zebrania, przyjrzeć się ich
zbrojom, broni, twarzom. Mariusa nic bardziej nie interesowało -
poza prawem, oczywiście - jak kultury i obyczaje innych państw czy
grup. Marzył, że kiedyś opuści Ter-Sawel i uda się w daleką
podróż na koniec kontynentu. Marzenie to jednak pozostawało
jedynie marzeniem i nie wyglądało na to, żeby miało się to
kiedykolwiek zmienić.
-
Więc, jeśli dobrze rozumiem, to prawo ma karać ludzi za coś,
czego jeszcze nie zrobili? - zapytał główny sędzia. Maruis,
pochłonięty widokiem, prawie o nim zapomniał.
-
Nie do końca - odpowiedział w końcu. - To prawo ma karać ludzi za
zbrodnię, której dokonaliby gdyby ktoś im nie przeszkodził.
Różnica między tym, co powiedziałeś, a moimi słowami jest mniej
więcej taka, jak między życzeniem komuś śmierci a napadnięciu
na niego z nożem. Danej osobie należy udowodnić, że nie tylko
myślała o czymś złym, ale także zrobiła coś w tego kierunku.
-
Rozumiem - mruknął, choć nie wyglądał na przekonanego. Po chwili
ciszy uśmiechnął się zagadkowo po czym wezwał do siebie stojącą
pod drzwiami straż. - Zamknijcie go w celi... Mam dowody na to, że
próbował mnie zabić.
Maruis
spojrzał na niego zszokowany. Sędzia wyciągnął z biurka krótki
sztylet, delikatnie przejechał nim po swojej skórze w okolicy szyi.
Straż skuła wciąż zdezorientowanego Maruisa i zaciągła do
wyjścia. Mężczyzna spojrzał tylko przez ramię na bezczelnie
uśmiechającego się sędziego.
-
Dlaczego? - zapytał. Odpowiedź nadeszła, ale był już za daleko
żeby ją usłyszeć.
***
Ishtal
szła za milczącym oddziałem wilczych. Chorego nieśli na
zaimprowizowanych noszach tuż koło uzdrowicielki, która od czasu
do czasu sprawdzała jego stan. Dziwne, ogarniające go zmęczenie
nie słabło, wręcz przeciwnie. To tylko pogłębiało ją w
przekonaniu, że nie jest to naturalna reakcja organizmu - nawet,
gdyby ten wilczy miał słabe ciało, co było bardziej niż
nieprawdopodobne, leżenie na noszach od przynajmniej godziny powinno
przewrócić mu siły i to bez jakiego kolwiek udziału z jej strony.
Chociaż poza sennością i ogólnym zmęczeniem nie zauważyła
żadnych innych objawów martwiła się, że może być to reakcja
działania trucizny i to takiej, której nie potrafiła wykryć. Nie
powiadomiła oczywiście o tym żadnego z wilczych, bardzo nieufnie
do niej nastawieni mogli odnieść wrażenie, że celowo osłabia
stan chorego. Podejrzewała również, że argument jakoby nie miała
w tym żadnego celu nie przekonałby ich ani trochę.
Kiedy
weszli do zamku powitano ich życzliwie, wskazano drogę i życzono
miłego pobytu. Kiedy jednak jeden ze sług zauważył Ishtal i
chorego kazał się zatrzymać.
-
W spotkaniu udział brać będzie bardzo wielu ludzi, nie będzie tam
miejsca na nosze i zajmowanie się chorym. Nie lepiej byłoby
zostawić go gdzieś w jednym z nieużywanych pokoi? - proponował
sługa. Żaden z wilczych nie wyglądał na ani trochę przekonanego,
Ishtal wytłumaczyła im jednak, że przez umieszczenie mężczyzny w
osobnym pokoju będzie mogła lepiej się nim zająć a niepotrzebne
emocje związane ze spotkaniem mogły tylko pogorszyć jego stan.
Wahali się jeszcze przez chwilę po czym pozwolili jej odejść.
Uzdrowicielce nie umknęło nieufne spojrzenie w stronę sługi kiedy
odchodzili ciemnym korytarzem ku głębi zamku.
Dwóch
wilczych położyło nosze na łożu w pokoju, do którego
zaprowadził ich sługa, po czym oddalili się bez słowa. Sługa, po
kilku zbędnych acz miłych słowach również wyszedł,
pozostawiając ją, chorego i Ryna samych.
-
Ryn, czy coś się stało? - Mężczyzna odwrócił się zaskoczony.
Odkąd weszli do zamku rozglądał się na boki i ciągle zdawał się
pogrążony w głębokich rozmyślaniach.
-
Myślę - spojrzał niepewnie na chorego, który chwilę po
wniesieniu do pokoju zasnął - czy przybędzie tu także armia z
Cana.
-
Jeżeli są tu i smoczy, a widziałam tutaj nie jednego, to nie widzę
powodu, dla którego nie mieliby przysłać armię z Cana. Z Terii 'a
Cana - poprawiła się. Ryn westchnął. - Rozumiem twój niepokój,
ale siedząc w tym pomieszczeniu nikt nas nie spotka ani my nikogo
nie spotkamy. Wszyscy zmierzają zapewne ku głównej sali i nikt nie
będzie zaglądać do pobocznych pokoi.
Ryn
pokiwał głową chociaż wciąż o czymś rozmyślał.
-
A teraz pomóż mi w leczeniu, bo cholera, po to tu jesteśmy!
***
Asu
rozglądała się dookoła.
Gdzie
tylko sięgnąć wzrokiem widać było oddziały różnych państw
zmierzające do zamku, stojące w zamku albo przegrupowujące się –
pod zamkiem. Wbrew wrażeniu wielkości, główna sala nie była tak
potężna i nie potrafiła pomieścić wszystkich gości. Wiele
oddziałów musiało zmienić szyk i dostosować się do pozostałej
wolnej przestrzeni.
Jeden
ze sług potknął się o coś i wpadł na jednego z wilczych,
wytrącając mu miecz z ręki. Ten uważając to za próbę ataku
skierował ku bezbronnemu broń. Kilku stojących obok mężczyzn
chwyciło go za ramiona, inni wrzeszczeli. Wszyscy obecni na sali
spojrzeli w jego kierunku, przepychali się, stawali na palcach aby
zobaczyć, co się dzieje.
Asu,
widząc, że uwagę wszystkich przykuło tamto wydarzenie,
niepostrzeżenie wymknęła się z sali. Znalazła jeden z bocznych
korytarzy i puściła się biegiem przed siebie.
Biegnąc
nie zauważyła nawet, że przez przypadek, zgubiła część swojej
zbroi.
***
Uwagę
wszystkich przykuł niezdarny sługa. Zwykłe, błahe wydarzenie nie
wydające się ani trochę podejrzane.
Idealnie.
Drzwi
komnaty władcy otworzyły się. Na korytarz wlała się plama
popołudniowego światła. Władca stanął u progu, poprawił pas. A
potem...
...słychać
było już tylko krzyk.
Subskrybuj:
Posty (Atom)