- Wybieramy
się do zamku. Wasz król kazał nam spotkać się tam z wojskami
innych krajów celem zawarcia pisanego pokoju - wyjaśnił wilczy,
ten sam co poprzednio. - Z początku do Ter-Sawel mieli przybyć
przedstawiciele władzy, może sami władcy. Nie wyraziliśmy na to
zgody a razem z nami reszta państw. Wysłano więc oddziały.
- Żeby
w razie potrzeby mogły się bronić - domyśliła się. - To wiele
wyjaśnia. W drodze tutaj widziałam kilku z Armii...
- Wasz
król...
- To
nie jest nasz król - poprawiła go z lekką złością. - Jestem z
Terrnei. Ryn, który mi towarzyszy, również - oznajmiła, choć nie
było to do końca prawdą. Trudno byłoby jednak wyjaśnić mu, skąd
dokładnie pochodzi Ryn.
- Rozumiem
- mruknął zmieszany. - W każdym razie król Ter-Sawel chciał
widzieć nawet oddział z Asury.
Wilczy
chciał najwyraźniej powiedzieć coś jeszcze, ale został zawołany
przez jednego z oddziału. Przeprosił więc i odszedł.
-
Asury na zamku? - mruknęła do Ryna. Mężczyzna zamyślił się. -
Nie wydaje ci się, że to wszystko może skończyć się wojną?
Król, co prawda, nie ten sam, ale doprowadzi do tej samej tragedii.
Eh... Nie chcę przeżyć kolejnej bitki ze strony Ter-Sawel.
***
-
Wracaj, ty złodziejska kreaturo! - krzyczał handlarz. Asu
zręcznie wyminęła grupkę ludzi tłoczących się przy straganie i
puściła się biegiem na ile pozwalały jej wysokie buty asury.
Widząc, że do handlarza dołączyło dwoje mężczyzn, zaczęła
biec na oślep, wywijając piruety wśród ludzi, ciągle skręcając
w boczne uliczki. Po kilku minutach biegu zatrzymała się, oparła o
mur. Nie dostrzegając niebezpieczeństwa zmieszała się z oddziałem
asur, które, z niewiadomego dla niej powodu, maszerowały przez
miasto. Za późno zrozumiała dokąd idą. Kiedy chciała się
wrócić została zatrzymana przez królewską straż i zmuszona do
powrotu do szeregu.
Szeregu,
który szedł właśnie do zamku króla.
***
Hei
rozejrzał się po wnętrzu, otworzył szerzej oczy ze zdumienia.
Sala zamku w którym kazano im się zatrzymać była po prostu
wielka. Miała trzy, może cztery piętra. Ściany od dołu do góry
ozdobione były licznymi malowidłami przedstawiającymi ważne
sceny, zarówno dla Ter-Sawel jak i innych krajów. Na malowidle
znajdującym się koło wejścia dostrzegł nawet ilustrację
przedstawiającą smoczego wojownika w dawnej, całkiem czerwonej
zbroi, stojącego koło wilczego trzymającego złamany miecz. Hei
pokiwał głową przypominając sobie, jakiego wydarzenia dotyczył
tamten obraz.
- Popatrz,
oddział Armii przy oddziale Asury - usłyszał szept za plecami.
Kilka osób westchnęło, kilka zaczęło mamrotać. Hei nachylił
się w stronę Seya.
- Cały
czas nie rozumiem tego uprzedzenia do asur - wyznał. Spojrzał w ich
kierunku. Oddział asur składał się głównie z kobiet, wyższych
niż inne, ubranych w pełną fioletowo-niebieskawą zbroję. Kiedy
widział je wcześniej, przyjrzał się nieco ich twarzom; asury z
natury miały fioletowy kolor włosów, intensywnie zielone oczy,
przypominające nieco oczy kota, wąskie ale ładne. Całą ich skórę
pokrywały dziwne paski, z daleka przypominające bordowe blizny.
Były zgrabne, zwinne, jak nikt potrafiły posługiwać się białą
bronią.
Osobiście
jednak uwielbiał je za wynalezienie purii.
-
Asury to... „poganki”. Wiesz, jak tutejsi ludzie są oddani
swoim bogom? - zaśmiał się Seya. - Nie mówię, że wiara to coś
złego, ale... Cała wojna, ta sprzed pięćdziesięciu laty była
winą ich religii. Asury zostały skrzywdzone najciężej; nie tylko
nie uznawały ich bogów to w dodatku twierdziły, że ich bogini,
Nadien, jest jedyną prawdziwą, więc uwzięto się na nie mocniej.
Koniec końców podbito ich kraj, ale widząc możliwość
wykorzystania ich umiejętności pozwolono im żyć w Ter-Sawel.
Hei
tylko westchnął ze współczuciem. Wiedział, że wojna zostawiła
swoje piętno na wielu krajach i grupach społecznych ale ciągle
dowiadywał się nowych okrucieństw, które za każdym razem tak
samo go wstrząsały.
***
Maruis
wyjrzał przez okno i stłumił westchnienie. Widział jak do zamku
wchodzą kolejne oddziały zbrojne sąsiednich państw, zazdrościł
tym, którzy mogli być świadkami zebrania, przyjrzeć się ich
zbrojom, broni, twarzom. Mariusa nic bardziej nie interesowało -
poza prawem, oczywiście - jak kultury i obyczaje innych państw czy
grup. Marzył, że kiedyś opuści Ter-Sawel i uda się w daleką
podróż na koniec kontynentu. Marzenie to jednak pozostawało
jedynie marzeniem i nie wyglądało na to, żeby miało się to
kiedykolwiek zmienić.
-
Więc, jeśli dobrze rozumiem, to prawo ma karać ludzi za coś,
czego jeszcze nie zrobili? - zapytał główny sędzia. Maruis,
pochłonięty widokiem, prawie o nim zapomniał.
-
Nie do końca - odpowiedział w końcu. - To prawo ma karać ludzi za
zbrodnię, której dokonaliby gdyby ktoś im nie przeszkodził.
Różnica między tym, co powiedziałeś, a moimi słowami jest mniej
więcej taka, jak między życzeniem komuś śmierci a napadnięciu
na niego z nożem. Danej osobie należy udowodnić, że nie tylko
myślała o czymś złym, ale także zrobiła coś w tego kierunku.
-
Rozumiem - mruknął, choć nie wyglądał na przekonanego. Po chwili
ciszy uśmiechnął się zagadkowo po czym wezwał do siebie stojącą
pod drzwiami straż. - Zamknijcie go w celi... Mam dowody na to, że
próbował mnie zabić.
Maruis
spojrzał na niego zszokowany. Sędzia wyciągnął z biurka krótki
sztylet, delikatnie przejechał nim po swojej skórze w okolicy szyi.
Straż skuła wciąż zdezorientowanego Maruisa i zaciągła do
wyjścia. Mężczyzna spojrzał tylko przez ramię na bezczelnie
uśmiechającego się sędziego.
-
Dlaczego? - zapytał. Odpowiedź nadeszła, ale był już za daleko
żeby ją usłyszeć.
***
Ishtal
szła za milczącym oddziałem wilczych. Chorego nieśli na
zaimprowizowanych noszach tuż koło uzdrowicielki, która od czasu
do czasu sprawdzała jego stan. Dziwne, ogarniające go zmęczenie
nie słabło, wręcz przeciwnie. To tylko pogłębiało ją w
przekonaniu, że nie jest to naturalna reakcja organizmu - nawet,
gdyby ten wilczy miał słabe ciało, co było bardziej niż
nieprawdopodobne, leżenie na noszach od przynajmniej godziny powinno
przewrócić mu siły i to bez jakiego kolwiek udziału z jej strony.
Chociaż poza sennością i ogólnym zmęczeniem nie zauważyła
żadnych innych objawów martwiła się, że może być to reakcja
działania trucizny i to takiej, której nie potrafiła wykryć. Nie
powiadomiła oczywiście o tym żadnego z wilczych, bardzo nieufnie
do niej nastawieni mogli odnieść wrażenie, że celowo osłabia
stan chorego. Podejrzewała również, że argument jakoby nie miała
w tym żadnego celu nie przekonałby ich ani trochę.
Kiedy
weszli do zamku powitano ich życzliwie, wskazano drogę i życzono
miłego pobytu. Kiedy jednak jeden ze sług zauważył Ishtal i
chorego kazał się zatrzymać.
-
W spotkaniu udział brać będzie bardzo wielu ludzi, nie będzie tam
miejsca na nosze i zajmowanie się chorym. Nie lepiej byłoby
zostawić go gdzieś w jednym z nieużywanych pokoi? - proponował
sługa. Żaden z wilczych nie wyglądał na ani trochę przekonanego,
Ishtal wytłumaczyła im jednak, że przez umieszczenie mężczyzny w
osobnym pokoju będzie mogła lepiej się nim zająć a niepotrzebne
emocje związane ze spotkaniem mogły tylko pogorszyć jego stan.
Wahali się jeszcze przez chwilę po czym pozwolili jej odejść.
Uzdrowicielce nie umknęło nieufne spojrzenie w stronę sługi kiedy
odchodzili ciemnym korytarzem ku głębi zamku.
Dwóch
wilczych położyło nosze na łożu w pokoju, do którego
zaprowadził ich sługa, po czym oddalili się bez słowa. Sługa, po
kilku zbędnych acz miłych słowach również wyszedł,
pozostawiając ją, chorego i Ryna samych.
-
Ryn, czy coś się stało? - Mężczyzna odwrócił się zaskoczony.
Odkąd weszli do zamku rozglądał się na boki i ciągle zdawał się
pogrążony w głębokich rozmyślaniach.
-
Myślę - spojrzał niepewnie na chorego, który chwilę po
wniesieniu do pokoju zasnął - czy przybędzie tu także armia z
Cana.
-
Jeżeli są tu i smoczy, a widziałam tutaj nie jednego, to nie widzę
powodu, dla którego nie mieliby przysłać armię z Cana. Z Terii 'a
Cana - poprawiła się. Ryn westchnął. - Rozumiem twój niepokój,
ale siedząc w tym pomieszczeniu nikt nas nie spotka ani my nikogo
nie spotkamy. Wszyscy zmierzają zapewne ku głównej sali i nikt nie
będzie zaglądać do pobocznych pokoi.
Ryn
pokiwał głową chociaż wciąż o czymś rozmyślał.
-
A teraz pomóż mi w leczeniu, bo cholera, po to tu jesteśmy!
***
Asu
rozglądała się dookoła.
Gdzie
tylko sięgnąć wzrokiem widać było oddziały różnych państw
zmierzające do zamku, stojące w zamku albo przegrupowujące się –
pod zamkiem. Wbrew wrażeniu wielkości, główna sala nie była tak
potężna i nie potrafiła pomieścić wszystkich gości. Wiele
oddziałów musiało zmienić szyk i dostosować się do pozostałej
wolnej przestrzeni.
Jeden
ze sług potknął się o coś i wpadł na jednego z wilczych,
wytrącając mu miecz z ręki. Ten uważając to za próbę ataku
skierował ku bezbronnemu broń. Kilku stojących obok mężczyzn
chwyciło go za ramiona, inni wrzeszczeli. Wszyscy obecni na sali
spojrzeli w jego kierunku, przepychali się, stawali na palcach aby
zobaczyć, co się dzieje.
Asu,
widząc, że uwagę wszystkich przykuło tamto wydarzenie,
niepostrzeżenie wymknęła się z sali. Znalazła jeden z bocznych
korytarzy i puściła się biegiem przed siebie.
Biegnąc
nie zauważyła nawet, że przez przypadek, zgubiła część swojej
zbroi.
***
Uwagę
wszystkich przykuł niezdarny sługa. Zwykłe, błahe wydarzenie nie
wydające się ani trochę podejrzane.
Idealnie.
Drzwi
komnaty władcy otworzyły się. Na korytarz wlała się plama
popołudniowego światła. Władca stanął u progu, poprawił pas. A
potem...
...słychać
było już tylko krzyk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz