piątek, 21 grudnia 2012

Uzdrowicielka II

- Wybieramy się do zamku. Wasz król kazał nam spotkać się tam z wojskami innych krajów celem zawarcia pisanego pokoju - wyjaśnił wilczy, ten sam co poprzednio. - Z początku do Ter-Sawel mieli przybyć przedstawiciele władzy, może sami władcy. Nie wyraziliśmy na to zgody a razem z nami reszta państw. Wysłano więc oddziały.
- Żeby w razie potrzeby mogły się bronić - domyśliła się. - To wiele wyjaśnia. W drodze tutaj widziałam kilku z Armii...
- Wasz król...
- To nie jest nasz król - poprawiła go z lekką złością. - Jestem z Terrnei. Ryn, który mi towarzyszy, również - oznajmiła, choć nie było to do końca prawdą. Trudno byłoby jednak wyjaśnić mu, skąd dokładnie pochodzi Ryn.
- Rozumiem - mruknął zmieszany. - W każdym razie król Ter-Sawel chciał widzieć nawet oddział z Asury.
Wilczy chciał najwyraźniej powiedzieć coś jeszcze, ale został zawołany przez jednego z oddziału. Przeprosił więc i odszedł.
- Asury na zamku? - mruknęła do Ryna. Mężczyzna zamyślił się. - Nie wydaje ci się, że to wszystko może skończyć się wojną? Król, co prawda, nie ten sam, ale doprowadzi do tej samej tragedii. Eh... Nie chcę przeżyć kolejnej bitki ze strony Ter-Sawel.

***
- Wracaj, ty złodziejska kreaturo! - krzyczał handlarz. Asu zręcznie wyminęła grupkę ludzi tłoczących się przy straganie i puściła się biegiem na ile pozwalały jej wysokie buty asury. Widząc, że do handlarza dołączyło dwoje mężczyzn, zaczęła biec na oślep, wywijając piruety wśród ludzi, ciągle skręcając w boczne uliczki. Po kilku minutach biegu zatrzymała się, oparła o mur. Nie dostrzegając niebezpieczeństwa zmieszała się z oddziałem asur, które, z niewiadomego dla niej powodu, maszerowały przez miasto. Za późno zrozumiała dokąd idą. Kiedy chciała się wrócić została zatrzymana przez królewską straż i zmuszona do powrotu do szeregu.
Szeregu, który szedł właśnie do zamku króla.

***
Hei rozejrzał się po wnętrzu, otworzył szerzej oczy ze zdumienia. Sala zamku w którym kazano im się zatrzymać była po prostu wielka. Miała trzy, może cztery piętra. Ściany od dołu do góry ozdobione były licznymi malowidłami przedstawiającymi ważne sceny, zarówno dla Ter-Sawel jak i innych krajów. Na malowidle znajdującym się koło wejścia dostrzegł nawet ilustrację przedstawiającą smoczego wojownika w dawnej, całkiem czerwonej zbroi, stojącego koło wilczego trzymającego złamany miecz. Hei pokiwał głową przypominając sobie, jakiego wydarzenia dotyczył tamten obraz.
- Popatrz, oddział Armii przy oddziale Asury - usłyszał szept za plecami. Kilka osób westchnęło, kilka zaczęło mamrotać. Hei nachylił się w stronę Seya.
- Cały czas nie rozumiem tego uprzedzenia do asur - wyznał. Spojrzał w ich kierunku. Oddział asur składał się głównie z kobiet, wyższych niż inne, ubranych w pełną fioletowo-niebieskawą zbroję. Kiedy widział je wcześniej, przyjrzał się nieco ich twarzom; asury z natury miały fioletowy kolor włosów, intensywnie zielone oczy, przypominające nieco oczy kota, wąskie ale ładne. Całą ich skórę pokrywały dziwne paski, z daleka przypominające bordowe blizny. Były zgrabne, zwinne, jak nikt potrafiły posługiwać się białą bronią.
Osobiście jednak uwielbiał je za wynalezienie purii.
- Asury to... „poganki”. Wiesz, jak tutejsi ludzie są oddani swoim bogom? - zaśmiał się Seya. - Nie mówię, że wiara to coś złego, ale... Cała wojna, ta sprzed pięćdziesięciu laty była winą ich religii. Asury zostały skrzywdzone najciężej; nie tylko nie uznawały ich bogów to w dodatku twierdziły, że ich bogini, Nadien, jest jedyną prawdziwą, więc uwzięto się na nie mocniej. Koniec końców podbito ich kraj, ale widząc możliwość wykorzystania ich umiejętności pozwolono im żyć w Ter-Sawel.
Hei tylko westchnął ze współczuciem. Wiedział, że wojna zostawiła swoje piętno na wielu krajach i grupach społecznych ale ciągle dowiadywał się nowych okrucieństw, które za każdym razem tak samo go wstrząsały.
***
Maruis wyjrzał przez okno i stłumił westchnienie. Widział jak do zamku wchodzą kolejne oddziały zbrojne sąsiednich państw, zazdrościł tym, którzy mogli być świadkami zebrania, przyjrzeć się ich zbrojom, broni, twarzom. Mariusa nic bardziej nie interesowało - poza prawem, oczywiście - jak kultury i obyczaje innych państw czy grup. Marzył, że kiedyś opuści Ter-Sawel i uda się w daleką podróż na koniec kontynentu. Marzenie to jednak pozostawało jedynie marzeniem i nie wyglądało na to, żeby miało się to kiedykolwiek zmienić.
- Więc, jeśli dobrze rozumiem, to prawo ma karać ludzi za coś, czego jeszcze nie zrobili? - zapytał główny sędzia. Maruis, pochłonięty widokiem, prawie o nim zapomniał.
- Nie do końca - odpowiedział w końcu. - To prawo ma karać ludzi za zbrodnię, której dokonaliby gdyby ktoś im nie przeszkodził. Różnica między tym, co powiedziałeś, a moimi słowami jest mniej więcej taka, jak między życzeniem komuś śmierci a napadnięciu na niego z nożem. Danej osobie należy udowodnić, że nie tylko myślała o czymś złym, ale także zrobiła coś w tego kierunku.
- Rozumiem - mruknął, choć nie wyglądał na przekonanego. Po chwili ciszy uśmiechnął się zagadkowo po czym wezwał do siebie stojącą pod drzwiami straż. - Zamknijcie go w celi... Mam dowody na to, że próbował mnie zabić.
Maruis spojrzał na niego zszokowany. Sędzia wyciągnął z biurka krótki sztylet, delikatnie przejechał nim po swojej skórze w okolicy szyi. Straż skuła wciąż zdezorientowanego Maruisa i zaciągła do wyjścia. Mężczyzna spojrzał tylko przez ramię na bezczelnie uśmiechającego się sędziego.
- Dlaczego? - zapytał. Odpowiedź nadeszła, ale był już za daleko żeby ją usłyszeć.
***
Ishtal szła za milczącym oddziałem wilczych. Chorego nieśli na zaimprowizowanych noszach tuż koło uzdrowicielki, która od czasu do czasu sprawdzała jego stan. Dziwne, ogarniające go zmęczenie nie słabło, wręcz przeciwnie. To tylko pogłębiało ją w przekonaniu, że nie jest to naturalna reakcja organizmu - nawet, gdyby ten wilczy miał słabe ciało, co było bardziej niż nieprawdopodobne, leżenie na noszach od przynajmniej godziny powinno przewrócić mu siły i to bez jakiego kolwiek udziału z jej strony. Chociaż poza sennością i ogólnym zmęczeniem nie zauważyła żadnych innych objawów martwiła się, że może być to reakcja działania trucizny i to takiej, której nie potrafiła wykryć. Nie powiadomiła oczywiście o tym żadnego z wilczych, bardzo nieufnie do niej nastawieni mogli odnieść wrażenie, że celowo osłabia stan chorego. Podejrzewała również, że argument jakoby nie miała w tym żadnego celu nie przekonałby ich ani trochę.
Kiedy weszli do zamku powitano ich życzliwie, wskazano drogę i życzono miłego pobytu. Kiedy jednak jeden ze sług zauważył Ishtal i chorego kazał się zatrzymać.
- W spotkaniu udział brać będzie bardzo wielu ludzi, nie będzie tam miejsca na nosze i zajmowanie się chorym. Nie lepiej byłoby zostawić go gdzieś w jednym z nieużywanych pokoi? - proponował sługa. Żaden z wilczych nie wyglądał na ani trochę przekonanego, Ishtal wytłumaczyła im jednak, że przez umieszczenie mężczyzny w osobnym pokoju będzie mogła lepiej się nim zająć a niepotrzebne emocje związane ze spotkaniem mogły tylko pogorszyć jego stan. Wahali się jeszcze przez chwilę po czym pozwolili jej odejść. Uzdrowicielce nie umknęło nieufne spojrzenie w stronę sługi kiedy odchodzili ciemnym korytarzem ku głębi zamku.
Dwóch wilczych położyło nosze na łożu w pokoju, do którego zaprowadził ich sługa, po czym oddalili się bez słowa. Sługa, po kilku zbędnych acz miłych słowach również wyszedł, pozostawiając ją, chorego i Ryna samych.
- Ryn, czy coś się stało? - Mężczyzna odwrócił się zaskoczony. Odkąd weszli do zamku rozglądał się na boki i ciągle zdawał się pogrążony w głębokich rozmyślaniach.
- Myślę - spojrzał niepewnie na chorego, który chwilę po wniesieniu do pokoju zasnął - czy przybędzie tu także armia z Cana.
- Jeżeli są tu i smoczy, a widziałam tutaj nie jednego, to nie widzę powodu, dla którego nie mieliby przysłać armię z Cana. Z Terii 'a Cana - poprawiła się. Ryn westchnął. - Rozumiem twój niepokój, ale siedząc w tym pomieszczeniu nikt nas nie spotka ani my nikogo nie spotkamy. Wszyscy zmierzają zapewne ku głównej sali i nikt nie będzie zaglądać do pobocznych pokoi.
Ryn pokiwał głową chociaż wciąż o czymś rozmyślał.
- A teraz pomóż mi w leczeniu, bo cholera, po to tu jesteśmy!
***
Asu rozglądała się dookoła.
Gdzie tylko sięgnąć wzrokiem widać było oddziały różnych państw zmierzające do zamku, stojące w zamku albo przegrupowujące się – pod zamkiem. Wbrew wrażeniu wielkości, główna sala nie była tak potężna i nie potrafiła pomieścić wszystkich gości. Wiele oddziałów musiało zmienić szyk i dostosować się do pozostałej wolnej przestrzeni.
Jeden ze sług potknął się o coś i wpadł na jednego z wilczych, wytrącając mu miecz z ręki. Ten uważając to za próbę ataku skierował ku bezbronnemu broń. Kilku stojących obok mężczyzn chwyciło go za ramiona, inni wrzeszczeli. Wszyscy obecni na sali spojrzeli w jego kierunku, przepychali się, stawali na palcach aby zobaczyć, co się dzieje.
Asu, widząc, że uwagę wszystkich przykuło tamto wydarzenie, niepostrzeżenie wymknęła się z sali. Znalazła jeden z bocznych korytarzy i puściła się biegiem przed siebie.
Biegnąc nie zauważyła nawet, że przez przypadek, zgubiła część swojej zbroi.
***
Uwagę wszystkich przykuł niezdarny sługa. Zwykłe, błahe wydarzenie nie wydające się ani trochę podejrzane.
Idealnie.
Drzwi komnaty władcy otworzyły się. Na korytarz wlała się plama popołudniowego światła. Władca stanął u progu, poprawił pas. A potem...
...słychać było już tylko krzyk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz