~*~
W kominku palił się ognień. Mimo tego powietrze wcale nie było nagrzane, wręcz przeciwnie, było chłodne, nawet bardziej niż to z pokoju na strychu.
Daniela została posadzona na niewygodnym drewnianym krześle, tuż przy kominku. Plecami opierała się o nieduży stół, koło którego ustawiono kilka krzeseł, wtedy pustych. Poza nimi, w pomieszczeniu znajdowała się tylko komoda i zeschły kwiat, ustawiony pod oknem, niezasłoniętym żadną zasłoną czy firanką. Szyba była jednak zbyt zaparowana, by kobieta mogła coś przez nią zobaczyć.
Sylwan, który jeszcze przez chwilę trzymał ramię Danieli, odwrócił się od ognia i wyszedł z pokoju. Sabrian, dotychczas pilnujący przyjaciela stojąc przy drzwiach, minął się z nim i usiadł na jednym z krzeseł. Przez chwilę, w całkowitej ciszy przecinanej jedynie trzaskami ognia, wpatrywał się w kominek, nawet nie drgnąwszy. Kobieta patrzyła na niego kątem oka, zastanawiając się, o czym myśli.
- Co? - zapytał w końcu. Nie miał już tego opryskliwego, wywyższającego się tonu, jakim zwykł się do niej zwracać. Mówił natomiast dziwnie zmęczonym tonem, jakby ta cała sytuacja wyjątkowo mu nie odpowiadała.
- Nic - mruknęła Daniela. Nie była pewna, czy powinna zacząć z nim rozmawiać. Choć mężczyzna nie budził w niej strachu, czuła, że nie powinna go lekceważyć. Nic o nim nie wiedziała. Jego „miłe” zachowanie mogło być równie dobrze oznaką dobrej woli, jak i sposobem na zyskanie jej zaufania i osłabienie czujności.
- He, nie wiesz, o co nam chodzi, prawda? - zapytał, drwiąco się uśmiechając. Uśmiech jednak szybko zszedł z jego twarzy. - To i lepiej. Kiedy Ranmaru po ciebie przyjdzie, pewnie ci wszystko wyjaśni... jeśli w ogóle wie, kim jesteś...
Kobieta obróciła się do niego przodem, podpierając głowę oparciem krzesła. Blondyn spojrzał na nią zdziwiony, ale nic nie powiedział.
- Nie zachowujesz się, jakbyś się nas bała - zauważył.
- Nic mi nie zrobiliście, więc dlaczego miałabym się bać?
- Ludzie tak zwykle robią, jak ktoś ich porywa - zauważył, dziwnie jej się przyglądając. Daniela uniosła tylko ramiona, bębniąc palcem o oparciu. - Jesteś dziwna.
- Wiem - powiedziała.
W drzwiach pojawił się Sylwan. Wszedł tak cicho, że żadne z nich tego nie zauważyło, więc dopiero kiedy chrząknął, zwrócili na niego uwagę. Rzucił Sabrianowi dziwnie wrogie spojrzenie i ruchem głowy nakazał mu wyjść z pokoju. Blondyn spojrzał na Danielę, jakby chciał jeszcze chwilę zostać, ale Sylwan złapał go za ramię i wyciągnął z pokoju.
Daniela spoglądała chwilę na zamknięte za nimi drzwi. Nie wiedziała już, co ma o tym wszystkim myśleć.
- Sabrian, co się z tobą dzieje?! Znam te twoje chore gierki, ale tym razem to ci już całkiem się we łbie... - szeptał Sylwan, nadal trzymając blondyna za ramię. Ten zdawał się nawet tego nie zauważać.
- Nie wiem o co ci chodzi - powiedział spokojnie. Zachowywał się nienaturalnie. Był wyprany z emocji. Sylwana to jednak nie dziwiło, znał bowiem go tak długo żeby nauczyć się, że u Sabriana to normalna reakcja na nerwy. - A teraz przestań się wydurniać i powiedz mi, po coś mnie stamtąd wyciągnął.
Sylwan spoglądał na niego podejrzliwie. Czekał, aż przyjaciel się odezwie, jednak kiedy ten nie otwierał ust, tylko przewiercał go wyczekującym spojrzeniem. Krótkowłosy spojrzał gdzieś w bok, aby tylko nie patrzeć w oczy blondynowi.
- Ponoć jeden z nowych widział Ranmaru - powiedział w końcu. - Musiał się skapnąć, że mamy dziewczynę, to się wystawił. He, nie wiem, czy to znaczy. że jest mądry, czy że jest debilem.
- To się niedługo okaże - mruknął jakby do siebie Sabrian. Uśmiechnął się lekko, prawie niezauważalnie.
Raven wypuścił powietrze z ust. Spojrzał w górę, na trzypiętrowy, jasny budynek. Drzwi do niego zabite były deskami, okna zamurowane. Nikt, obawiający się o własne zdrowie, nie wszedłby tam z własnej woli, bojąc się niestabilnej konstrukcji. Można było jednak wejść tam inaczej, niż przez drzwi, będąc pewnym, że budynek się nie zawali.
Czarnowłosy poznał ten sposób bardzo dawno, kiedy był tam pierwszy raz. Wtedy jednak wchodził z innego miejsca w innym mieście, mając nadzieję, że robi to ostatni raz.
- Witamy pana, szanowny Kontraktorze Shiki - odezwał się z udawaną uprzejmością głos Sabriana. - Proszę wejść.
Raven zacisnął pięść i zaczął zbliżać się do ściany budynku. Myślał o tym, jak dobrze mogłoby mu się żyć, gdyby nie ta jedna głupia decyzja sprzed lat.
- Życzymy miłego pobytu z tym... Ah, przepraszam, przy kobietach nie powinno się przeklinać - szczerzył się Sabrian, pomagając wstać Danieli z krzesła. - Z Ranmaru.
Daniela niedbale wstała, patrząc przed siebie. W drzwiach stał Raven, patrząc na nią wystraszonym wzrokiem. On wiedziałam wszystko. Jak się tam dostała, kim są Sabrian i Sylwan, gdzie ją zabrali, dlaczego... Chciała do niego podejść, wyjść z pomieszczenia i zapomnieć o całej sprawie. Miała dość dziwacznych sytuacji, które na każdym kroku rujnowały jej życie. To przez nie nigdy nie mogła znaleźć sobie domu.
Czarnowłosy poszedł krok na przód, ale stojący przy drzwiach Sylwan mruknął.
- Czekaj czekaj, zabawę nam zabierzesz - mruczał.
- Tak. Pozwól nam zaprowadzić tę piękną panią do drzwi - prosił Sabrian nadal ze swoim drwiącym uśmiechem. Stojąca przy jego boku Daniela rozumiała coraz mniej, choć wydawało jej się, że to niemożliwe. - U nas nie widuje się takich pięknych pań.
"Zanim przyszedł Raven bali się mnie. Później mnie jakby ignorowali. Teraz zachowują się, jakby grali w jakąś grę. Już nic nie rozumiem" - myślała Daniela, patrząc wprost na Ravena. Wiedziała, że coś się zmieniło. Obaj mężczyźni przestali jej się bać, więc z każdej chwili mogli ją skrzywdzić. Coś, co kazało im w miarę dobrze ją traktować, zniknęło.
Sabrian wziął kobietę za rękę i zaczął prowadzić w stronę drzwi. Raven posłusznie odsunął się odsłaniając wejście. Zmrużył oczy, kiedy blondyn przechodził koło niego.
Raven mocno ścisnął nadgarstek Danieli, która skrzywiła się z bólu. Miała przetartą skórę w miejscach, gdzie wcześniej znajdowały się więzy.
- Zrobili ci coś? - zapytał zdyszany. Szli bardzo szybko, przed siebie, jak najdalej od tamtego budynku.
- Nie - odpowiedziała. Raven spojrzał na nią z ukosa. - Naprawdę. Nic mnie... Dobra, poza rękami, nic mnie nie boli. Właściwie, to zachowywali się, jakby się mnie bali. Ale potem...
- Potem co?
- Przestali. Znaczy, ten blondyn, Sabrian... Zapytał się... Nie, bardziej stwierdził, że ja nic nie wiem... to go chyba uspokoiło, nie wiem tylko, o czym w ogóle gadali.
- Bali się ciebie? - zapytał zdziwiony. Znów rzucił jej dziwne spojrzenie. - Co dokładnie mówili?
- Raven, źle... Mi się rozmawia, jak idę. Duszę się – dyszała. - Nie jestem... proszę, porozmawiajmy... jutro.
~*~
- TO NIE TAK MIAŁO BYC, SŁYSZYSZ?! EJ! NIE TAK SIĘ UMAWIALIŚMY! - chłopak na kolanach krzyczał w bliżej nieokreślonym kierunku. Płakał. Ze smutku. Ze złości. Z kompletnej bezsilności. Płakał tak mocno, jak nie płakał nigdy, gdy go wyzywano i wytykano. - ODWRÓC TO! SŁYSZYSZ!
- Słyszę, nawet bardzo wyraźnie. Właściwie mam wrażenie, że, hah! słyszy cię całe miasto.
Długowłosy mężczyzna przykucnął na dachu domu na przeciwko, ręce trzymał w kieszeniach. Był za daleko, by chłopak mógł to zauważyć, ale był pewien, że mężczyzna się uśmiecha. I to szerzej niż gdy widzieli się pierwszy raz.
- Niestety jednak - odparł i dopiero wtedy chłopak zdał sobie sprawę, że ten głos pochodził bardziej z jego głowy niż ust mężczyzny, choć bez wątpienia do niego należały - nie mogę tego odwrócić. Zawarłeś ze mną umowę, właściwie, na swoje życie, bo to ja je uratowałem, od twojego głupiego, tchórzowskiego czynu. Poza tym, czy nie tego chciałeś?
Pytanie ociekało jadem. Chłopak poczuł się jeszcze gorzej niż wcześniej.
- Obiecałeś mi szczęście! Szczęście! Czy ja ci wyglądam na szczęśliwego?!
- O nie nie nie, robaczku. Obiecywałem ci usunąć przedmiot twoich cierpień. I oto masz! Jeśli się nie mylę, wszystkie twoje cierpienia brały się z wyglądu. Czy to nie dlatego rzesze twoich rówieśników śmiały się przechodząc obok, bo miałeś azjatyckie rysy? Czy nie to było przedmiotem twoich cierpień?
- NIE! - wykrzyknął czując, że łzy zasychają mu na twarzy. Już nie miał siły płakać. - Z nimi... z nimi miałeś coś zrobić nie ze mną! To oni mnie krzywdzili, nie ja sam siebie!
- Ale to z ciebie się śmiali - zauważył mężczyzna. - Nie mogłem nakazać im przestać się z ciebie śmiać. To byłoby złamanie ich wolnej woli, a choć jestem odrażającym potworem, tej złamać nie mogłem. Choćby dlatego, że nie mam aż takiej siły. Więc zrobiłem co mogłem - zmieniłem ciebie.
Chłopak był pewien, że mężczyzna właśnie ocenia swoje dzieło. Patrzy w niesamowicie niebieskie oczy chłopaka, na nos i usta, na tak nie podobny Azjatom kształt twarzy. Jedyne co chłopak zachował ze swojego dawnego wyglądu to włosy a to i tak jedynie ich kolor. Wcześniej były całkiem proste. Później zaczęły lekko zawijając się przy końcach.
- Ta kobieta miała racje - przemówił już bardziej do siebie niż do niego. - Miała racje.
Jakkolwiek nie starał się przekonać swoich rodziców, oni nie wierzyli mu kompletnie, że ten niepodobny w żaden sposób chłopak jest w istocie ich synem. Nie dały nic przekonania, płacz. Mówienie o sprawach, o których tylko syn by wiedział pogorszyło tylko sytuację - rodzice wezwali policję. Powiedzieli, że "ten chłopak" włamał się do mieszkania, stara się wmówić im, że jest ich synem ("Jakbym sama nie była w stanie poznać swojego dziecka!") a dodatkowo posiada o nich osobiste informacje. Podejrzewali, że siłą wyciągnął je z ich syna, by później móc go udawać. Wymyślili całą intrygę, w której bezdomny, pozbawiony rodziny chłopiec lub inaczej - kłamca, brutal i materialista - postanowił podszyć się pod jakieś dziecko z w miarę bogatej rodziny, by móc mieszkać w ich domu i cieszyć się ich opieką. I choć plan ten z samego założenia był co najmniej idiotyczny, to wszyscy w to uwierzyli. Bo łatwiej było im uwierzyć w czyjąś głupotę niż to, że niepełnoletni chłopak w odstępie zaledwie dnia, całkowicie odmienił swój wygląd. Tak więc załamany, bardziej samotny niż kiedykolwiek chłopak został poddany szeregu przesłuchań, rozmów z psychologami i psychiatrami, a gdy powtarzanie wszystkiego od początku nie przynosiło już kompletnie żadnych rezultatów, wyznał całą prawdę. A wówczas zrobiło się jeszcze gorzej.
I tak spędził kilka lat truty lekami, po których wydawało mu się, że czuje ból przy myśleniu, a przynajmniej znacznie je spowalniało. Codziennie wmawiano mu, że nie nazywa się tak, jak nazywano go od urodzenia, że jego rodzina, jedyna jaką miał, nie jest jego rodziną, a on sam nie ma prawa oceniać jak wyglądał przez całe swoje życie. W końcu sam zaczął w to wierzyć, a przynajmniej nie miał już siły zaprzeczać.
Gdy był już pełnoletni ruszył w świat z nowym imieniem i nazwiskiem, starając się samego siebie przekonać, że cokolwiek się zdarzyło nie było prawdziwe. Mógł zacząć wszystko od nowa, założyć własną rodzinę w zastępstwie starej, zdobyć przyjaciół i zostawić za sobą jedynie wpis w dokumentacji przypominający o tym wszystkim.
Nie wiedział jednak, że był to jedynie początek jego problemów.
~*~
Daniela odstawiła krzesło na bok i schyliła się w kącie pokoju. Kwiat w złotej donicy, przypominający swym wyglądem bardziej małe drzewo wsparte na złotym kiju, łaskotał ją liśćmi po plecach. Z dużym trudem usiłowała sięgnąć po zmiotkę, która tkwiła za kartonem wypchanym po brzegi starymi czasopismami. Był tak ciężki, że nie udało jej się go przemieścić, więc musiała klęknąć przed nim i wyciągnąć rękę. Natrafiła palcami na pajęczynę i jęknęła z obrzydzeniem. Raven poruszył się w śnie na kanapie. Daniela zaobserwowała kątem oka, jak jego nogi zsuwają się z obicia i uderza piętami o podłogę.
Kobieta miała właśnie zmienić pozycję i ponownie spróbować dosięgnąć zmiotki, gdy usłyszała dźwięk otwieranych wejściowych drzwi i mocne ich zatrzaśnięcie. Z zaskoczenia i strachu natychmiast podniosła się z miejsca w rezultacie czego wsadziła głowę między liście kwiatu, które zaplątały jej się we włosy.
Do salonu weszła znajomo wyglądająca kobieta z kręconymi włosami. Ściągnęła z szyi purpurową chustkę i rzuciła ją na stolik przed kanapą. Nachyliła się nad Ravenem i zaczęła nim energicznie potrząsać. Mężczyzna jedynie pomachał nieprzytomnie ręką, nadal w głębokim śnie. Kobieta wyprostowała się i oparła dłonie na biodrach. W tym samym czasie Daniela wyszła spod kwiatu, zwracając na siebie uwagę nieznajomej.
- O! - zdziwiła się. Spojrzała na mężczyznę, a następnie przeniosła wzrok na Danielę. - Pozwolił ci ze sobą zamieszkać?
Nagle Danielę olśniło. Przyjrzała się bliżej kobiecie. Była bardzo wysoka i smukła, co jeszcze bardziej podkreślała dobrze dobrana sukienka z delikatnym wzorkiem. Twarz miała pociągłą, z ostrymi rysami twarzy, która przy jej zdenerwowanej minie przedstawiała się dość przerażająco, szczególnie w połączeniu z cienkimi ciemnymi brwiami i bardzo jasną cerą. Kręcone włosy opadały jej na ramiona, w niektórych miejscach przytrzymane spinkami.
- Zaraz! To ty mnie wkręciłaś z zaniesienie go do domu! - wydarła się Daniela. Raven leniwie otworzył jedno oko, czego żadna z pań nie zdawała się zauważyć.
- Na dobre ci to wyszło! - zauważyła, dumna z siebie. Spojrzała na Danielę i podniosła jedną brew. - Czy to koszula Ravena?
Daniela uszczypnęła bladoniebieski materiał. Nie miała ze sobą swoich ubrań, a nie chciała pobrudzić jedynej posiadanej bluzki, więc wzięła pierwszą lepszą, która leżała na podłodze i nie śmierdziała potem i brudem.
- Niech cię szlag, Amanda! - Obie spojrzały na kanapę. Raven przecierał zaspaną twarz, spoglądając wilkiem na kobietę. Wzrok miał bardzo przytomny. - Co ty tu robisz... znowu?
- Jak to co, leniu ty?! - wydarła się na niego, łapiąc za róg kołdry, którą miał przykryte nogi. - Obijasz się przez cały tydzień a ja cię jeszcze musiałam w środku nocy do domu targać! Myślałam, że sobie coś ustaliliśmy - ty pracujesz, ja ci płacę!
Raven zaczął rozglądać się po stole i zaglądać do stojących na nich szklanek, szukając czegoś w czym mógłby zrobić sobie kawę. Daniela od razu pobiegła do kuchni i przyniosła mu gotowy napój. Zaskoczony spojrzał do podanego mu kubka, wciągając nosem zapach kawy.
- Raven, czy ty mnie, do cholery jasnej, słuchasz choć trochę?! - warknęła Amanda. Daniela ze strachu odskoczyła w tył, prosto na krzesło, które wcześniej przesuwała.
- Nie - odpowiedział zwykłym tonem Raven, podrywając się z kanapy i wypijając zawartość kubka. Położył go na stole i zaczął iść w kierunku przedpokoju. Amanda prychnęła zezłoszczona i poszła za nim, cały czas obsypując go wszystkimi znanymi jej bluzgami. Od tego nagłego pojawienia się jej w domu, Daniela zapomniała o swoim zajęciu, więc gdy tylko kobieta była na tyle daleko, że jej krzyki choć trochę zesłabły, zaczęła ponownie sięgać po zmiotkę.
Raven pojawił się w salonie już przebrany i umyty. Rozejrzał się po pokoju, ale nigdzie nie dostrzegł Danieli. Dopiero gdy usłyszał dziwne pukanie, zauważył ją w rogu pokoju, czyszczącą pajęczyny między segmentem a ścianą. Zbliżył się do niej, a ona niepewnie wychyliła się ze swojej kryjówki, rzucając spojrzeniem do salonu.
- Nie ma jej? - zapytała szeptem. Raven oparł się łokciem o drzwiczki szafki w segmencie.
- Amandy? Nie, nie ma. Poszła, jak obiecałem jej, że zajmę się zaległą pracą. - Daniela spojrzała na niego pytająco. - Amanda to dziennikarka. Czasem potrzebne są mi pewne informacje... W każdym razie za pomoc i małą zapłatę, pracuje w magazynie. Układam nowe wydania gazet.
Daniela pokiwała głową ze zrozumieniem.
~*~
Podjął się pracy w magazynie. Jeden ze współpracowników zaoferował mu nawet spanie w jednym z pokoi swojego mieszkania. Był już dość stary, mieszkał sam, a mieszkanie miał stanowczo za duże. Poza symboliczną opłatą prosił tylko, by pomagał mu w niektórych pracach, których z racji wieku nie był w stanie wykonać, czasem podlał kwiatki czy spróbował naprawić telewizor. Kiedy pojechał na urlop do swojego syna, pozostawił chłopakowi mieszkanie do opieki. Ten zaczynał powoli zbierać pieniądze aby na dobre wkroczyć do życia.
Mniej więcej dwa tygodnie później skończyły mu się leki. Ciągle zapominając o kupnie nowych, a później stwierdzając, że w zasadzie nie widzi różnicy przy używaniu ich czy nie, już trzeci dzień obywał się bez nich. Czuł się świetnie - otępienie lekami zniknęło, nie od razu, ale na dobre. Zauważył nawet, że spokojnie obywał się bez leków na sen, po których miał trudności by wstać i okropnie się ślinił.
Jednej z nocy ułożył się zmęczony na łóżku, jak zawsze po ciężkiej pracy niesamowicie doceniając miękkość poduszki i ciepło kołdry. Zasypiał już z głową planów na następny dzień, rzeczami o których chciał pamiętać gdy wstanie rano a które dały o sobie znać dopiero teraz, gdy wdarło się do nich coś nowego.
Z początku wziął to za zapadanie w sen, albo może już sen sam w sobie.
[Zrobię to dzisiaj, przysięgam, zrobię to dzisiaj!]
[Już dłużej nie wytrzymam!]
[Ciekawe czy ktoś by zauważył...]
[Pewnie nikt o niczym nie wie]
Wydawało mu się, że to jego myśli, z czasu gdy postanowił odebrać sobie życie. Były takie znajome. Ale nie rozumiał, dlaczego każdej myśli towarzyszył inny głos. Kobiecie i męskie, od dziecinnych do starczych. Starał się zasnąć, ale głosy mu na to nie pozwalały.
[Może zrobię to dziś? Jak wyjdę w nocy to nikt nie zauważy...]
Ostatni głos należał do młodej dziewczyny. Nigdy wcześniej go nie słyszał, ale był przekonany, że osoba do której należy musi być niezwykle piękna, słodka i niewinna. Coś takiego słyszy się w głosie. Tym bardziej nie potrafił zrozumieć, dlaczego taka piękność chciała dopuścić się czegoś takiego.
Nawet nie zauważył kiedy zaczął wierzyć, że głosy które słyszy należą do konkretnych osób a to co mówią jest ich prawdziwymi słowami. Wsłuchiwał się w słodki głos dziewczyny, skupił się na nim tak mocno, że wszystkie inne zniknęły.
Kolejny dzień był dniem powrotu właściciela mieszkania. Przyjechał uradowany, z jeszcze większą ilością bagażu niż z jaką wyjechał. Opowiadał o spotkaniu ze swoim synem, podczas gdy chłopak przygotowywał sobie śniadanie. Potem mężczyzna wysłał chłopaka do sklepu po kilka produktów, samemu zajmując się rozpakowywaniem bagaży.
Kiedy chłopak przechodził się po mieście, niechcący wpadła na niego rozpędzona dziewczyna. Odgarnęła długie włosy z twarzy i z przepraszającym uśmiechem bąknęła coś nieśmiało pod nosem. Chłopak spojrzał jej prosto w oczy, aż za dobrze wiedząc, skąd zna jej głos.
- Nie rób tego - wypalił, nim zdążyła zniknąć. - Nie rób.
Rzuciła mu spojrzenie przez ramię, spojrzenie pełne zaskoczenia. I uśmiechnęła się. Smutno.
Nie myśląc co robi pobiegł za nią. Ignorując logikę, która pchała mu do głowy, że to niemożliwe, by słyszał dziewczynę we śnie, biegł za nią święcie przekonany, że chce się zabić.
W pewnym momencie drogę zagrodził mu on. Ze swym nierozłącznym kpiącym uśmiechem stanął przed swoją ofiarą.
Kiedy po wyjściu Amandy, Daniela opadła na fotel, czuła, że dłużej nie może tego odkładać.
- Nie wiem – przemówiła, patrząc mu prosto w oczy. - Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Naprawdę.
Raven skinął głową.
- Wiem, ale postaraj się dokładnie wszystko powtórzyć.
- Em... oni... Jeden nazywał się Sabrian...
- To wiem.
- Ah... no dobrze...
- Mówili, co od ciebie chcieli?
- Nie... hm... bali się mnie. Nie wiem czemu. Ale coś wspominali... ah! Antraktor!
Raven wyraźnie się ożywił.
- Mówili, że znaleźli Antraktora... coś tak jakbym ja była Antraktorem. Nie wiem co to jest.
- W porządku. Ja aż za dobrze wiem, co to jest.
~*~
- Miło znów cię widzieć, drogi chłopcze.
- Ty...
- Zanim rzucisz mi się do gardła, wiedz, że to bezcelowe.
Powstrzymując się ostatkiem sił, chłopak zacisnął pięści, ale pozostał na miejscu.
- Dobrze, hehe. Straciłem cię z oczu na parę lat... ale widzę, że i beze mnie zrozumiałeś, na czym to wszystko polega.
- „To wszystko”?
- Cóż... kiedy człowiek postanawia popełnić samobójstwo, u jego boku pojawiają się dwie jedynie jemu widoczne osoby. Jedna z nich przekonuje go, aby rzucił w niepamięć złe chwile, pozbierał się i otrząsnął, wrócił do swojego zwykłego życia. Druga mówi o pewnej możliwości. Jest nią kontrakt, który zawarty z tą osobą, sprawia, że wszystkie życiowe problemy znikają. Od razu, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki... Ale to już wiesz. Nie wiesz jednak, że decydując się na moją pomoc.. zawarłeś kontrakt. A kto go podpisze kontrakt, staje się Kontraktorem. Osobą, która po zawarciu kontraktu z innym samobójcą, staje się nieśmiertelna, potężna...
- I traci dusze – usłyszał głos zza pleców. - Bezpowrotnie. Z wyjątkiem pewnej sytuacji.
Wszystko to mówiła stara, tak stara, że wyglądająca już na nieżyjącą, kobieta. Z pogardą patrzyła na jasnowłosego mężczyznę.
- Jeśli znajdziesz drugą osobę, może zwrócić ci duszę. Zwie się ją Antraktorem.
Przez twarz mężczyzny przebiegł dziwny grymas.
- Tacy jak Sabrian boją się Antraktorów – ciągnęła kobieta. - Musisz znaleźć jednego z nich, aby rozwiązać kontrakt. I odkupisz swoją duszę, Ranmaru Shiki.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ciekawy blog, czekam na więcej ;] Zapraszam też do siebie: http://inside-evil.blog.pl/ ; p
OdpowiedzUsuń