Dawno dawno temu, każdy z nas popełnił (lub chciał popełnić) typowe opowiadanie fantasy. I jeśli już dopuściło się do niego, trzymało się je pod kluczem aby nikt go nie zobaczył - za wyjątkiem opowiadań szczególnych i genialnych. Ale trudno oprzeć się pokusie, aby wreszcie komuś je pokazać.
Uzdrowicielka
Ishtal
spojrzała przez ramię. Kilku stojących przy drodze mężczyzn
przyglądało jej się z wyraźnym brakiem zaufania a nawet strachem.
Inni, wyglądający na bardziej zamożnych, spoglądali ze wstrętem
i marszczyli nosy, jakby dotarł do nich wyjątkowo niemiły zapach.
Nic
się nie zmieniło, pomyślała, dając znak Rynowi, żeby szedł
bliżej niej.
Mężczyzna
poprawił na ramieniu torbę, w której trzymała swoje rzeczy i
zrównał z nią krok. Również rzucił wzrokiem w stronę
miejscowych i tak samo, nie bardzo przejął się ich nastawieniem.
W
końcu dotarli pod gospodę. Mieściła się w trzypiętrowym
budynku, który nagle wyrastał między sklepem z bardzo drogimi
sukniami a budynkiem mieszkalnym. Wzniesiony był w bardzo dziwnym,
nieznanym Ishtal stylu, całkowicie niepasującym do okolicznych
budowli.
Niewiele
się zastanawiając, pchnęła drzwi i weszła do środka.
***
Siedzący
w rogu Hei Seijn zauważył wyraźne poruszenie w gospodzie. Znad
kufla purii rzucił wzrokiem w kierunku drzwi. Stała w nich
średniego wzrostu kobieta w zielonej szacie zarzuconej na ramiona,
pod którą nosiła przylegającą do ciała czarną suknię.
Towarzyszył jej mężczyzna w płaszczu, przy kapturze zdobionym
jasnym futrem, niosący na ramieniu skórzaną torbę.
Oboje
rozejrzeli się po pomieszczeniu. Kobieta miała niezbyt zadowoloną
minę. Zaczęła iść w stronę baru, a jej towarzysz podążył za
nią, nie przestając obserwować wszystkich wokół.
Zgromadzeni
wewnątrz ludzie nadal nie przestawali szeptać między sobą i
rzucać im nie miłe spojrzenia. Hei, który rzadko zaglądał w te
strony, nie wiedział co spowodowało zmianę ich zachowania.
- ...na
pewno. Wszędzie rozpoznałbym uzdrowicielkę - szepnął starszy
mężczyzna znajdujący się niedaleko Hei'a. Zainteresowany spojrzał
na niego kątem oka. Mężczyzna siedział przy stole z młodzieńcem,
który, tak samo jak Hei, nie zrozumiał sensu jego wypowiedzi.
- Uzdrowicielki
przecież pomagają ludziom - zdziwił się młodzieniec. - To
przecież nic złego.
- Taa...
- mruknął rozmówca. Pochylił się bardziej nad stołem. - Ale
nasze kapłanki to inna sprawa, oj, inna. One uzdrawiają czerpiąc
moc z natury, służąc bogom. A uzdrowicielki... Widzisz tego
mężczyznę, który przyszedł z nią? To pewnie jej niewolnik.
Takie jak on używają ludzi, niewolników, aby czerpać z nich moc i
to właśnie nią leczą. Pomagają, ale, oj, to nic dobrego.
- Mmm...
- młodzieniec pokiwał głową ze zrozumieniem, chociaż nie
wyglądał na przekonanego takim wyjaśnieniem.
Hei
znów spojrzał na kobietę. Rozmawiała z właścicielem gospody,
który tak samo jak reszta, nie cieszył się z jej towarzystwa.
Machnął ręką w stronę zaplecza, burknął. Uzdrowicielka poszła
we wskazanym kierunku, dając znak towarzyszowi, żeby zaczekał.
Kiedy zniknęła za kotarą, ludzie jakby odetchnęli z ulgą i
powoli zaczęła opadać napięta atmosfera.
Uzdrowicielka,
hę? Ciekawe.
***
Na
zapleczu znajdowały się dwie osoby. Na starym, zniszczonym łożu
siedziała kobieta. Po jej lewej stronie stał mężczyzna,
prawdopodobnie kochanek, trzymając ją za rękę. Kiedy Ishtal
weszła spojrzeli na nią ze strachem, po chwili jednak strach
zamienił się w nadzieję.
- Jesteś
uzdrowicielką, prawda? - zapytała kobieta. Nie, dziewczyna.
Chociaż wyglądała na dorosłą głos miała piskliwy, młody.
- Tak,
jestem.
- Pomożesz
nam? - spytał mężczyzna. Mówił zdenerwowanym, trzęsącym się
głosem.
- Tak
- powtórzyła. Podeszła bliżej dziewczyny, położyła jej rękę
na brzuchu. Na chwilę zamknęła oczy. Czuła, jak dziewczyna się
trzęsie. - Wygląda w porządku. Czemu jednak nie poprosiliście o
pomoc kapłanki? Są tutaj cały czas, prawda?
- Ta...
tak - dziewczyna spojrzała na ukochanego, który lekko skinął
głową. - Mmm... Lumi jest synem asury. Kapłanki odmawiają
leczenia takich jak on i ich dzieci.
- Rozumiem.
- Wstała, spojrzała na nich z góry. - Zatrzymuję się tutaj na
jakiś czas. Jeśli poczujecie, że coś jest nie tak albo zwyczajnie
odniesiecie chęć spotkania się z uzdrowicielką, możecie do mnie
przyjść.
- Dziękuję.
Dziewczyna
uśmiechnęła się. Jej ukochany zrobił to samo, po czym pocałował
ją w policzek.
„Naprawdę
nic się nie zmieniło.”
***
-
Kapłanki nadal odmawiają pomocy asurom - prychnęła. Wyjęła z
położonej na łóżku torby flakonik z perfumami i powąchała je.
Spryskała nadgarstek. - Bardzo inteligentne. Jak na ludzi, którzy
uważają siebie za dobrych i szlachetnych, mało robią aby tego
dowieść.
Ryn
mruknął na zgodę i usiadł koło torby. Rozglądał się po
niezbyt imponującym pokoju na piętrze gospody, nie tracąc Ishtal z
oczu. Ona w tym czasie wyciągała kolejne flakoniki z torby, badając
ich zawartość.
Powinnam
była je oznakować, zauważyła, przyglądając się zielonemu
pojemniczkowi. Ale nie mam czasu, żeby to zrobić.
Poza
tym wiedziała, że gdyby oznakowała je w zrozumiały sposób, ktoś
mógłby zechcieć ją okraść z niektórych leków. Chociaż zwykli
ludzie bali się do niej podejść, wiedziała, że złodzieje nie
będą mieli przed tym żadnych oporów, a stracenie leków nie
podziałałaby na jej korzyść. A tak, kiedy wszystkie butelki
wyglądały podobnie, nikt nie wiedziałby nawet co miałby zabrać.
Wątpiła, by szlachetne kapłanki dopuściły się kradzieży, a
tylko one mogłyby rozpoznać poszczególne leki.
Ktoś
zapukał do drzwi. Ryn podniósł się natychmiast z miejsca i
otworzył. W drzwiach stał wysoki wojownik. Miał jasną, błękitną
szatę i długi, srebrny miecz. Od razu rozpoznała skąd pochodzi i
zdziwiła się, że spotkała go w takim miejscu.
-
Wejdź. Powiedz, z jaką sprawą przybywasz.
***
Hei
zderzył się z jakąś kobietą, gdy szedł głównym placem. Tego
dnia ruch tam był niesamowity, chociaż z opowiadań swojego
przyjaciela wiedział, że normalnie nie bywa lepiej. Plac nie był
imponujących rozmiarów; budowniczy miasta Heres najwyraźniej nie
przewidywał, że rozrośnie się ono przybierając rozmiar
przynajmniej kilka razy większy niż wcześniej. Nie przewidywał
również, że będzie to jeden z głównych ośrodków kulturowych
po tej stronie kraju, gdzie wszyscy goście jak i stali bywalcy
zatrzymywać będą się właśnie na głównym placu, tworząc ten
niesamowity, głośny i różnorodny tłum.
Przedzierając
się przez rozśpiewaną grupę młodych dziewcząt dostrzegł w
oddali dwie, szybko poruszające się postacie. Jedna z nich,
kobieta, ubrana była w czarną, przylegającą suknię z czerwonymi
elementami. Druga, mężczyzna, w czerwoną koszulę z czarną
kamizelką.
Zainteresowany
patrzył na nich przez chwilę.
Armia,
tutaj?
-
Przepraszam - rzucił ktoś, uderzając go w bok łokciem. Na chwilę
stracił tamtą dwójkę z oczu i więcej już ich nie zobaczył.
Przypomniał sobie o powierzonej mu misji i trochę niechętnie
ruszył w kierunku bramy.
Kiedy
dotarł na miejsce, zastał tam ponad dziesięciu smoczych wojowników
oraz, ku swemu zdumieniu, kilka asur. Stały obok w swoich
srebrzysto-fioletowych zbrojach i kręciły się niespokojnie,
wiercąc dziury w ziemi wysokimi obcasami. Dopiero kiedy jedna asura
krzyknęła, zauważył stojącego za nimi Seya, pogrążonego w
rozmowie z jednym z wojowników.
- Witam,
smoczy wojowniku Sey - przywitał się z uśmiechem.
- Witam,
smoczy wojowniku Hei - odpowiedział uśmiechem, lekko się
kłaniając. - Dobrze, że cię widzę. Mieliśmy już iść.
- Iść?
Gdzie? - zainteresował się.
- Hah!
Opanuj entuzjazm, żadna wojna nam się nie szykuje. To jedynie
pokojowe spotkanie z władcą. Nasze, asur - wskazał na nie - oraz
jego własnej Armii.
Pokiwał
głową ze zrozumieniem. A więc dlatego szli przez plac.
-
Idź teraz do naszej kwatery, oddaj co trzeba i jeśli nie masz
innych zajęć, przyjdź tutaj. Chcesz chyba podziwiać zamek od
środka, prawda? - zaśmiał się.
***
Ishtal
szła za wilczym wojownikiem w ciszy, starając się wyraźnie nie
rozglądać. Wiedziała z doświadczenia, że wilczy ludzie nie
odznaczali się szczególnym zaufaniem do nikogo. Nawet do własnej
rodziny.
Ciemny
tunel zdawał ciągnąć się w nieskończoność. Było w nim
wilgotno i śmierdziało stęchlizną. Ściany pokryte były czymś
śliskim, zielonkawym i świecącym. Wolała nie myśleć o
pochodzeniu dziwnej substancji i więcej uwagi kierować ku
wojownikowi.
Ojczyzna
wilczych wojowników była jednym z najdalej położonych krajów
jakie znała, dlatego spotkanie któregoś z nich należało do
rzadkości. Nie tylko to zatrzymywało ich przed wizytami w
Ter-Sawel. Ich wrodzona nieufność do wszystkich nie wyłączała
władcy, który, posiadając dużą armię mógłby ich wykorzystać,
albo, co gorsze, najechać na nich. Dlatego starali się trzymać
granic własnego kraju nie wadząc nikomu i mając nadzieję, że
świat wkrótce o nich zapomni.
Dlaczego
więc ten wojownik pojawił się w Heres? Zapytała sama siebie.
Wojownik
zatrzymał się, wyjął miecz. Ryn, idący kilka kroków za Ishtal,
wzdrygnął się. Uspokoiła go ręką.
-
Tutaj - mruknął wojownik.
Ishtal
odsłoniła ciemną kotarę zwieszającą się z sufitu tunelu.
W
dużym pomieszczeniu, przypominającym naturalną grotę, siedział
cały oddział składający się z trzydziestu wilczych. Siedzieli na
ziemi obok swoich toreb i cienkich, smukłych mieczy. Ryn wyraźnie
przyglądał się tej broni, ale wzrok uzdrowicielki kazał mu
zwrócić uwagę na coś innego.
Jeden
z wilczych leżał. Dookoła siedziało trzech mężczyzn w skupieniu
obserwując jego stan. Kiedy dostrzegli Ishtal odwrócili się
natychmiast, wstali i powitali ją tradycyjnym ukłonem. Odwzajemniła
to lekkim skinieniem głowy.
- A
więc... - zaczęła widząc, że nikt z nich nie szykuje się do
rozmowy.
- Jeden
z nas - stojący najbliżej niej wilczy wskazał leżącego -
zachorował. Już jakiś czas temu, kiedy przedzieraliśmy się przez
góry.
- Mogę
go zobaczyć?
Wymienili
między sobą spojrzenia. Jeden z nich z wyraźnym brakiem zaufania
wpatrywał się w Ryna. W końcu jednak pozwolili jej dojść do
chorego.
Chory
był młody, widocznie młodszy niż pozostali. Jak każdy wilczy był
dużo wyższy niż ona czy Ryn, dużo szerszy i masywniejszy. Skórę
miał bladą, trudno było stwierdzić, czy jest to efekt choroby czy
jego urody. Ishtal dotknęła jego czoła, policzków, przejechała
ręką po klatce piersiowej. Czuła, że pozostali wilczy stoją za
nią, gotowi zaatakować w każdej chwili.
Skinęła
na Ryna. Mężczyzna ukląkł przy chorym i zaczął rozpakowywać
torbę z lekami. Uzdrowicielka wyjęła mały, niebieskawy flakonik,
otworzyła go i z zadowoleniem stwierdziła, że to odpowiedni lek.
Przystawiła go do ust wilczego i przechyliła. Część leku
wyciekła z ust.
- Co
mu dolega? - zapytał ten, który wcześniej z nią rozmawiał.
- Nie
jestem pewna - przyznała. - Wygląda to na zwykły objaw
przemęczenia. Wiecie jednak, nawet lepiej niż ja, że to mało
prawdopodobne.
Pozostali
mruknęli ze zgodą.
-
Będę musiała go pilnować przez pewien czas. Prawdopodobnie
również tam, gdzie się wybieracie.
Wbrew
przewidywaniom wilczy pozwolili jej pójść ze sobą. Nie unikali
także tematu celu swojej podróży, który nie był tak daleki, jak
się jej zdawało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz