piątek, 21 grudnia 2012

Uzdrowicielka

Dawno dawno temu, każdy z nas popełnił (lub chciał popełnić) typowe opowiadanie fantasy. I jeśli już dopuściło się do niego, trzymało się je pod kluczem aby nikt go nie zobaczył - za wyjątkiem opowiadań szczególnych i genialnych. Ale trudno oprzeć się pokusie, aby wreszcie komuś je pokazać.

Uzdrowicielka
 
Ishtal spojrzała przez ramię. Kilku stojących przy drodze mężczyzn przyglądało jej się z wyraźnym brakiem zaufania a nawet strachem. Inni, wyglądający na bardziej zamożnych, spoglądali ze wstrętem i marszczyli nosy, jakby dotarł do nich wyjątkowo niemiły zapach.
Nic się nie zmieniło, pomyślała, dając znak Rynowi, żeby szedł bliżej niej.
Mężczyzna poprawił na ramieniu torbę, w której trzymała swoje rzeczy i zrównał z nią krok. Również rzucił wzrokiem w stronę miejscowych i tak samo, nie bardzo przejął się ich nastawieniem.
W końcu dotarli pod gospodę. Mieściła się w trzypiętrowym budynku, który nagle wyrastał między sklepem z bardzo drogimi sukniami a budynkiem mieszkalnym. Wzniesiony był w bardzo dziwnym, nieznanym Ishtal stylu, całkowicie niepasującym do okolicznych budowli.
Niewiele się zastanawiając, pchnęła drzwi i weszła do środka.
***
Siedzący w rogu Hei Seijn zauważył wyraźne poruszenie w gospodzie. Znad kufla purii rzucił wzrokiem w kierunku drzwi. Stała w nich średniego wzrostu kobieta w zielonej szacie zarzuconej na ramiona, pod którą nosiła przylegającą do ciała czarną suknię. Towarzyszył jej mężczyzna w płaszczu, przy kapturze zdobionym jasnym futrem, niosący na ramieniu skórzaną torbę.
Oboje rozejrzeli się po pomieszczeniu. Kobieta miała niezbyt zadowoloną minę. Zaczęła iść w stronę baru, a jej towarzysz podążył za nią, nie przestając obserwować wszystkich wokół.
Zgromadzeni wewnątrz ludzie nadal nie przestawali szeptać między sobą i rzucać im nie miłe spojrzenia. Hei, który rzadko zaglądał w te strony, nie wiedział co spowodowało zmianę ich zachowania.
- ...na pewno. Wszędzie rozpoznałbym uzdrowicielkę - szepnął starszy mężczyzna znajdujący się niedaleko Hei'a. Zainteresowany spojrzał na niego kątem oka. Mężczyzna siedział przy stole z młodzieńcem, który, tak samo jak Hei, nie zrozumiał sensu jego wypowiedzi.
- Uzdrowicielki przecież pomagają ludziom - zdziwił się młodzieniec. - To przecież nic złego.
- Taa... - mruknął rozmówca. Pochylił się bardziej nad stołem. - Ale nasze kapłanki to inna sprawa, oj, inna. One uzdrawiają czerpiąc moc z natury, służąc bogom. A uzdrowicielki... Widzisz tego mężczyznę, który przyszedł z nią? To pewnie jej niewolnik. Takie jak on używają ludzi, niewolników, aby czerpać z nich moc i to właśnie nią leczą. Pomagają, ale, oj, to nic dobrego.
- Mmm... - młodzieniec pokiwał głową ze zrozumieniem, chociaż nie wyglądał na przekonanego takim wyjaśnieniem.
Hei znów spojrzał na kobietę. Rozmawiała z właścicielem gospody, który tak samo jak reszta, nie cieszył się z jej towarzystwa. Machnął ręką w stronę zaplecza, burknął. Uzdrowicielka poszła we wskazanym kierunku, dając znak towarzyszowi, żeby zaczekał. Kiedy zniknęła za kotarą, ludzie jakby odetchnęli z ulgą i powoli zaczęła opadać napięta atmosfera.
Uzdrowicielka, hę? Ciekawe.
***
Na zapleczu znajdowały się dwie osoby. Na starym, zniszczonym łożu siedziała kobieta. Po jej lewej stronie stał mężczyzna, prawdopodobnie kochanek, trzymając ją za rękę. Kiedy Ishtal weszła spojrzeli na nią ze strachem, po chwili jednak strach zamienił się w nadzieję.
- Jesteś uzdrowicielką, prawda? - zapytała kobieta. Nie, dziewczyna. Chociaż wyglądała na dorosłą głos miała piskliwy, młody.
- Tak, jestem.
- Pomożesz nam? - spytał mężczyzna. Mówił zdenerwowanym, trzęsącym się głosem.
- Tak - powtórzyła. Podeszła bliżej dziewczyny, położyła jej rękę na brzuchu. Na chwilę zamknęła oczy. Czuła, jak dziewczyna się trzęsie. - Wygląda w porządku. Czemu jednak nie poprosiliście o pomoc kapłanki? Są tutaj cały czas, prawda?
- Ta... tak - dziewczyna spojrzała na ukochanego, który lekko skinął głową. - Mmm... Lumi jest synem asury. Kapłanki odmawiają leczenia takich jak on i ich dzieci.
- Rozumiem. - Wstała, spojrzała na nich z góry. - Zatrzymuję się tutaj na jakiś czas. Jeśli poczujecie, że coś jest nie tak albo zwyczajnie odniesiecie chęć spotkania się z uzdrowicielką, możecie do mnie przyjść.
- Dziękuję.
Dziewczyna uśmiechnęła się. Jej ukochany zrobił to samo, po czym pocałował ją w policzek.
Naprawdę nic się nie zmieniło.”
***
- Kapłanki nadal odmawiają pomocy asurom - prychnęła. Wyjęła z położonej na łóżku torby flakonik z perfumami i powąchała je. Spryskała nadgarstek. - Bardzo inteligentne. Jak na ludzi, którzy uważają siebie za dobrych i szlachetnych, mało robią aby tego dowieść.
Ryn mruknął na zgodę i usiadł koło torby. Rozglądał się po niezbyt imponującym pokoju na piętrze gospody, nie tracąc Ishtal z oczu. Ona w tym czasie wyciągała kolejne flakoniki z torby, badając ich zawartość.
Powinnam była je oznakować, zauważyła, przyglądając się zielonemu pojemniczkowi. Ale nie mam czasu, żeby to zrobić.
Poza tym wiedziała, że gdyby oznakowała je w zrozumiały sposób, ktoś mógłby zechcieć ją okraść z niektórych leków. Chociaż zwykli ludzie bali się do niej podejść, wiedziała, że złodzieje nie będą mieli przed tym żadnych oporów, a stracenie leków nie podziałałaby na jej korzyść. A tak, kiedy wszystkie butelki wyglądały podobnie, nikt nie wiedziałby nawet co miałby zabrać. Wątpiła, by szlachetne kapłanki dopuściły się kradzieży, a tylko one mogłyby rozpoznać poszczególne leki.
Ktoś zapukał do drzwi. Ryn podniósł się natychmiast z miejsca i otworzył. W drzwiach stał wysoki wojownik. Miał jasną, błękitną szatę i długi, srebrny miecz. Od razu rozpoznała skąd pochodzi i zdziwiła się, że spotkała go w takim miejscu.
- Wejdź. Powiedz, z jaką sprawą przybywasz.
***
Hei zderzył się z jakąś kobietą, gdy szedł głównym placem. Tego dnia ruch tam był niesamowity, chociaż z opowiadań swojego przyjaciela wiedział, że normalnie nie bywa lepiej. Plac nie był imponujących rozmiarów; budowniczy miasta Heres najwyraźniej nie przewidywał, że rozrośnie się ono przybierając rozmiar przynajmniej kilka razy większy niż wcześniej. Nie przewidywał również, że będzie to jeden z głównych ośrodków kulturowych po tej stronie kraju, gdzie wszyscy goście jak i stali bywalcy zatrzymywać będą się właśnie na głównym placu, tworząc ten niesamowity, głośny i różnorodny tłum.
Przedzierając się przez rozśpiewaną grupę młodych dziewcząt dostrzegł w oddali dwie, szybko poruszające się postacie. Jedna z nich, kobieta, ubrana była w czarną, przylegającą suknię z czerwonymi elementami. Druga, mężczyzna, w czerwoną koszulę z czarną kamizelką.
Zainteresowany patrzył na nich przez chwilę.
Armia, tutaj?
- Przepraszam - rzucił ktoś, uderzając go w bok łokciem. Na chwilę stracił tamtą dwójkę z oczu i więcej już ich nie zobaczył. Przypomniał sobie o powierzonej mu misji i trochę niechętnie ruszył w kierunku bramy.
Kiedy dotarł na miejsce, zastał tam ponad dziesięciu smoczych wojowników oraz, ku swemu zdumieniu, kilka asur. Stały obok w swoich srebrzysto-fioletowych zbrojach i kręciły się niespokojnie, wiercąc dziury w ziemi wysokimi obcasami. Dopiero kiedy jedna asura krzyknęła, zauważył stojącego za nimi Seya, pogrążonego w rozmowie z jednym z wojowników.
- Witam, smoczy wojowniku Sey - przywitał się z uśmiechem.
- Witam, smoczy wojowniku Hei - odpowiedział uśmiechem, lekko się kłaniając. - Dobrze, że cię widzę. Mieliśmy już iść.
- Iść? Gdzie? - zainteresował się.
- Hah! Opanuj entuzjazm, żadna wojna nam się nie szykuje. To jedynie pokojowe spotkanie z władcą. Nasze, asur - wskazał na nie - oraz jego własnej Armii.
Pokiwał głową ze zrozumieniem. A więc dlatego szli przez plac.
- Idź teraz do naszej kwatery, oddaj co trzeba i jeśli nie masz innych zajęć, przyjdź tutaj. Chcesz chyba podziwiać zamek od środka, prawda? - zaśmiał się.
***
Ishtal szła za wilczym wojownikiem w ciszy, starając się wyraźnie nie rozglądać. Wiedziała z doświadczenia, że wilczy ludzie nie odznaczali się szczególnym zaufaniem do nikogo. Nawet do własnej rodziny.
Ciemny tunel zdawał ciągnąć się w nieskończoność. Było w nim wilgotno i śmierdziało stęchlizną. Ściany pokryte były czymś śliskim, zielonkawym i świecącym. Wolała nie myśleć o pochodzeniu dziwnej substancji i więcej uwagi kierować ku wojownikowi.
Ojczyzna wilczych wojowników była jednym z najdalej położonych krajów jakie znała, dlatego spotkanie któregoś z nich należało do rzadkości. Nie tylko to zatrzymywało ich przed wizytami w Ter-Sawel. Ich wrodzona nieufność do wszystkich nie wyłączała władcy, który, posiadając dużą armię mógłby ich wykorzystać, albo, co gorsze, najechać na nich. Dlatego starali się trzymać granic własnego kraju nie wadząc nikomu i mając nadzieję, że świat wkrótce o nich zapomni.
Dlaczego więc ten wojownik pojawił się w Heres? Zapytała sama siebie.
Wojownik zatrzymał się, wyjął miecz. Ryn, idący kilka kroków za Ishtal, wzdrygnął się. Uspokoiła go ręką.
- Tutaj - mruknął wojownik.
Ishtal odsłoniła ciemną kotarę zwieszającą się z sufitu tunelu.
W dużym pomieszczeniu, przypominającym naturalną grotę, siedział cały oddział składający się z trzydziestu wilczych. Siedzieli na ziemi obok swoich toreb i cienkich, smukłych mieczy. Ryn wyraźnie przyglądał się tej broni, ale wzrok uzdrowicielki kazał mu zwrócić uwagę na coś innego.
Jeden z wilczych leżał. Dookoła siedziało trzech mężczyzn w skupieniu obserwując jego stan. Kiedy dostrzegli Ishtal odwrócili się natychmiast, wstali i powitali ją tradycyjnym ukłonem. Odwzajemniła to lekkim skinieniem głowy.
- A więc... - zaczęła widząc, że nikt z nich nie szykuje się do rozmowy.
- Jeden z nas - stojący najbliżej niej wilczy wskazał leżącego - zachorował. Już jakiś czas temu, kiedy przedzieraliśmy się przez góry.
- Mogę go zobaczyć?
Wymienili między sobą spojrzenia. Jeden z nich z wyraźnym brakiem zaufania wpatrywał się w Ryna. W końcu jednak pozwolili jej dojść do chorego.
Chory był młody, widocznie młodszy niż pozostali. Jak każdy wilczy był dużo wyższy niż ona czy Ryn, dużo szerszy i masywniejszy. Skórę miał bladą, trudno było stwierdzić, czy jest to efekt choroby czy jego urody. Ishtal dotknęła jego czoła, policzków, przejechała ręką po klatce piersiowej. Czuła, że pozostali wilczy stoją za nią, gotowi zaatakować w każdej chwili.
Skinęła na Ryna. Mężczyzna ukląkł przy chorym i zaczął rozpakowywać torbę z lekami. Uzdrowicielka wyjęła mały, niebieskawy flakonik, otworzyła go i z zadowoleniem stwierdziła, że to odpowiedni lek. Przystawiła go do ust wilczego i przechyliła. Część leku wyciekła z ust.
- Co mu dolega? - zapytał ten, który wcześniej z nią rozmawiał.
- Nie jestem pewna - przyznała. - Wygląda to na zwykły objaw przemęczenia. Wiecie jednak, nawet lepiej niż ja, że to mało prawdopodobne.
Pozostali mruknęli ze zgodą.
- Będę musiała go pilnować przez pewien czas. Prawdopodobnie również tam, gdzie się wybieracie.
Wbrew przewidywaniom wilczy pozwolili jej pójść ze sobą. Nie unikali także tematu celu swojej podróży, który nie był tak daleki, jak się jej zdawało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz