~*~
Stał na krawędzi, a szalejący na tych wysokościach wiatr co rusz zawiewał mu włosy za twarz. Gdy pochylał się lekko oceniając wysokość. złoty łańcuszek, podarunek od matki, kołysał się nad przepaścią. Ostatecznie chłopak cofnął się i zawrócił, jak robił to codziennie.
Zabicie się wymagało zbyt dużej odwagi.
W szkole znów zaczęło się od tego samego. Starając się zagłuszyć śmiech oprawców, skoncentrował się na lekcji, jednak myśli szybko odpłynęły mu ku rozmyślaniach o śmierci. Z jednej strony stojąc na krawędzi czuł, że jednak nie jest na to gotowy, z drugiej, nie mógł myśleć o niczym innym. Podświadomie chciał by ktoś wyciągnął do niego rękę, pomógł uwolnić się z dna rozpaczy. Ale nikt nie postrzegał jego cierpienia a on bardzo starał się, by tak zostało. Nie pokazując, że jest mu źle, ale chcąc pomocy - ot, paradoks zwykłego człowieka.
Następnego dnia było gorzej. Niemal z rozpędu wkroczył na krawędź, zamknął oczy aby dodać sobie odwagi, z pełnym przekonaniem wystawił nogę poza krawędź. I gdy był niemal u celu, głowę zalała mu wizja tych wszystkich zmasakrowanych ciał, które trzeba było niemal zeskrobywać z chodnika. Zrobiło mu się niedobrze. Znów wycofał się, zasłaniając usta drżącymi dłońmi.
Męczył się w podobny sposób jeszcze kilka dni. Nie mogąc się zabić, ale nie mogąc również żyć, chciał coś zrobić. Zaczął od tego, co przyszło mu najłatwiej - przestał chodzić do szkoły. Ale to nie pomogło, a wręcz przeciwnie. Choć był już z daleka od swoich prześmiewców czuł wyrzuty sumienia przez okłamywanie rodziców. Wychowali go tak, by naukę traktował jak świętość, a poza tym, szanował ich, jak mało które dziecko w jego wieku. Niedługo z resztą zauważą, że zaczął opuszczać lekcje, a wtedy będzie jeszcze gorzej.
Wszystko to doprowadziło go znów do tamtej krawędzi. Choć starał się znaleźć inny sposób, tylko skok zdawał mu się najlepszym wyjściem. Nie mógł wziąć leków - rodzice nie brali prawie nic, poza tabletkami z witaminą C, powiesić się nie miał właściwie gdzie, a poza tym bał się, że nie umrze od razu a skona w męczarniach. Na podcięcie sobie żył nie miał również odwagi - bał się bólu, nie znosił widoku krwi. Gdy spoglądał w dół widział w głowie jak spada i przestaje widzieć. Od razu.
Po raz ostatni zamknął oczy. Nagle wszystko stało mu się obojętne. To jak będzie prezentować się jego ciało po śmierci, jak przyjmą to jego rodzice.
Leciał.
Gdzieś w trakcie lotu, przebijając się przez świst powietrza, usłyszał dwa głosy, idealnie zsynchronizowane. Był jednak pewien, że nie mówiła tego jedna osoba - jeden głos był z pewnością męski, a drugi kobiecy. Ich mowa przypominała śpiew, bardzo piękny. Dopiero po kilku minutach zrozumiał, że zwracają się do niego. Oraz że nie powinno ich tam być. Dalej nie otwierając oczu, zaczął się przysłuchiwać
"Pomogę ci, dam ci to czego pragniesz,
jednak jeśli upadniesz,
przekreślisz moje plany,
mój dar zostanie zmarnowany"
Od śpiewu odłączył się jeden głos, męski i zaczął przemawiać już normalnie, nie śpiewem i bez rymu.
[Mogę sprawić, że to co ci przeszkadza w dotarciu do szczęścia - zniknie]
Pieśń skończyła się, bo kobiecy głos również przestał śpiewać i sprzeciwił się pierwszemu głosowi.
[Nie słuchaj go! Oferuje ci złudną nadzieję, że jedną obietnicą pozbawi cię wszystkich zmartwień. Ja ci pomogę. Prawdziwie. Nie tak szybko, nie tak skutecznie, ale nie obowiązywać będzie cię za to żadna cena]
[Nic nie załatwi! U mnie to jest pewne, jedno twoje słowo i wszystkie troski znikną!]
[Nie daj się na to nabrać, wiesz, że to nie możliwe]
~ To wszystko jest niemożliwe.
[Skoro tak, czemu nie wybierzesz?]
[Nie okłamuj go! To wszystko jest prawdziwe, jak on sam!]
~ A może mnie już nie ma?
[Decyduj. Idziesz z nią, czy ze mną? Z obietnicą poprawy, czy jej zapewnieniem?]
Sam o tym nie wiedział, ale już dawno zdecydował.
~*~
Młody mężczyzna o długich blond włosach wpatrywał się tępo w restaurację po drugiej stronie ulicy. Stał nieruchomo, więc rzucał się w oczy wśród ruchliwego tłumu, jaki przemieszczał się po placu. Nikt jednak nie zwracał na niego najmniejszej uwagi.
Blondyn spoglądał dokładnie w okno lokalu, przez które widział dwoje ludzi siedzących przy stoliku. Jednym z nich był mężczyzna, którego szukał od dłuższego czasu. Gdyby mógł, zacisnąłby zęby ze złości, nie chciał jednak, by tamten wyczuł jego obecność. To i tak cud, że blondynowi udało się dojść tak blisko, bez alarmowania tamtego mężczyzny. Kiedy już tam stał, wystarczyło, by wybiegł, a już będzie jego.
W pewnym momencie w restauracji wybuchnęło dziwne zamieszanie. Po nie całych trzech minutach drzwi restauracji otworzyły się i wyszedł nimi czarnowłosy mężczyzna, podtrzymując jakąś kobietę.
- Mam cię - szepnął do siebie blondyn.
Daniela otworzyła ospale oczy. Chciała podnieść się z pozycji leżącej, ale miała unieruchomioną rękę. Czuła się zbyt słabo, żeby rozglądnąć się dookoła, więc ponownie zamknęła oczy.
Usłyszała stłumione stukanie obcasów. Ktoś szedł w jej stronę, prawdopodobnie po drewnianej podłodze. Zatrzymał się i westchnął.
- Wydaje mi się, czy zasmarkany Ranmaru znalazł Antraktora? - odezwał się drwiący męski głos. Był dość dziwny. Daniela mogłaby przysiąc, że wypowiadająca te słowa osoba stała co najmniej metr od niej, jednak jej słowa słyszała bardzo wyraźnie, jakby dochodziły z jej własnej głowy.
- Na to wygląda - odezwał się inny głos, również należący do mężczyzny. Pochodził gdzieś z góry i tak samo jak poprzedni słyszała go bardzo wyraźnie. - Ciekawe tylko - zaśmiał się - czy ten dureń jest tego świadom?!
- Znając jego ignorancję to nie - odezwał się pierwszy głos. - Ale czy wie czy nie, przylezie tutaj. Z własnej głupoty.
- Sabrian, nie bądź taki tego pewny! Miałeś go złapać pod restauracją, ale nawiał. Mamy ją. Coś ty jej w ogóle zrobił?! Wygląda jakby była wpół drogi na tamten świat!
- Cicho siedź, Sylwan! - warknął na niego. - Już taka była, jak ten... ją stamtąd wyciągnął. Chyba zemdlała, czy jakoś tak. Mało mnie to obchodzi.
Daniela słuchała wszystkiego bardzo uważnie, udając, że jest nie przytomna, bo mężczyźni najwyraźniej nie zauważyli jej przebudzenia. Nie rozumiała wiele z ich rozmowy. Wiedziała tylko jak się nazywają i że szukają mężczyzny imieniem Ranmaru.
- E, czy ona się przypadkiem nie budzi? - zapytał Sylwan. Daniela usłyszała świst i cichy pisk, jaki wydają sportowe buty w kontakcie z podłożem. Starała się zachowywać spokojnie, nie zdradzać, że jest przytomna, co wychodziło jej z dużym trudem. - Ej! Słuchasz ty mnie?!
- Odejdź od niej, ty kretynie! - powiedział cicho Sabrian. Chyba starał się odciągnąć od niej Sylwana, bo ten zaczął wrzeszczeć, żeby go zostawił w spokoju. - To Antraktor! Nie wiem, na jakim jest poziomie, ale lepiej się do niej nie zbliżać. Od razu nas wyczuje. Chcesz nas zabić?!
Nastała cisza. Daniela wytężała słuch, ale nie docierało do jej uszu nic poza własnym oddechem. Taka cisza była bardzo nienaturalna, szczególnie w miejscu, gdzie oprócz niej znajdowały się jeszcze dwie osoby. W końcu pojęła, co jest nie tak.
Obaj mężczyźni nie oddychali.
Daniela zastanawiała się, czy otworzyć oczy. Nie mogła w nieskończoność udawać, że jest nieprzytomna. Podniosła powieki, obawiając się tego co zobaczy.
Pierwszym co zauważyła był drewniany sufit, pod którym przebiegały dwie grube belki. Nie słysząc ani nie widząc żadnej reakcji na jej przebudzenie, zrozumiała, że obaj mężczyźni zostawili ją samą. Odetchnęła i zaczęła się rozglądać dookoła.
Leżała na starym szpitalnym łóżku, przywiązana do niego za nadgarstki i kostki. Na wprost siebie widziała dużą, ciemną szafę, z której drzwiczek zwisało coś przypominającego białą suknię. Obok było małe, brudne okno, pod którym leżało kartonowe pudło przykryte parą dżinsowych spodni i męską koszulą. Dalej, na sąsiedniej ścianie zobaczyła otwarte drzwi, prowadzące na wąskie schody. Więcej nie widziała, bo nie sięgała dalej wzrokiem.
„Co tu się u diabła dzieje?! - zapytała się w myślach. - Matko Boska, a myślałam, że dziwniejszego życia mieć nie mogę!”.
- Ty! - usłyszała krzyk. Spojrzała w stronę drzwi, w których stał krótkowłosy mężczyzna o bardzo szczupłej budowie ciała i wąskich oczach. - Jednak się obudziła, mówiłem ci.
Drugie zdanie skierował do stojącego za nim blondyna, który schowany za jego plecami, umknął uwadze Danieli.
- A ja ci mówiłem, żebyś tu nie wracał! - szepnął blondyn, stając koło niego. Kobieta poznała ich głosy; Sylwan i Sabrian. - Dopóki Ranmaru po nią nie przyjdzie, nie mamy potrzeby zaglądania tu!
- Weź przestań! Gdyby była niebezpieczna, już by nas tu nie było. - Sylwan odważnie podszedł do łóżka Danieli i pochylił się nad nią. Posłał jej okropnie szyderczy uśmiech, na który kobieta odpowiedziała mu wystawiając środkowy palec prawej ręki przywiązanej do oparcia łóżka. Krótkowłosy otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. Zza pleców dobiegł go chichot Sabriana.
Daniela spoglądała z obojętnością na ich wymianę zdań, jeśli można by tak to określić. Sylwan warknął na blondyna i złapał go za przód jasnej koszuli którą miał na sobie. Ten odepchnął go jedną ręką tak, że krótkowłosy aż się zatoczył. Tylko tym zdenerwowany zaczął obrzucać przyjaciela wszystkimi znanymi mu wyzwiskami w kilku językach.
Kobieta uśmiechnęła się pod nosem. Co prawda nie wiedziała gdzie jest, kim są ci dwaj i czego od niej chcą, ale nie napawało jej to lękiem. Wiedziała, że gdyby chcieli ją skrzywdzić, zrobiliby to już dawno, kiedy była nieprzytomna. Nawet później, jak już się obudziła, była tak samo bezbronna, a oni mimo to nawet jej nie tknęli. W dodatku zachowywali się jakby to ona miała im coś zrobić.
Nie sprawiało to jednak, że czuła się komfortowo. Wciąż nawiedzało ją to dziwne uczucie, które poczuła jedząc z Ravenem śniadanie. Właśnie wtedy, gdy owe uczucie się nasiliło, Daniela zemdlała. Dalej jej wspomnienia się urywały.
Patrząc kątem oka na mężczyzn, którzy przeszli z przekleństw na walkę, zastanawiała się, ile z tym wszystkim na wspólnego Raven.
~*~
Czuł wiatr przerzucający mu włosy z jednej strony na drugą, czuł bezwładne ręce wiszące u boku. Coś było nie tak. Dalej stał. Nie otwierając oczu wyciągnął rękę przed siebie. Nie napotkała oporu. Więc to wszystko to było przewidzenie?
- Gratuluję słusznego wyboru - dobiegł go głos zza pleców. Drgnął wystraszony. Przydeptał butem za długą nogawkę, runął przez siebie. Coś złapało go za rękę. Otworzył oczy.
Ktokolwiek go złapał wciągał go właśnie z powrotem na dach. Chłopak, zaskoczony własnym brakiem reakcji - w końcu ktoś właśnie przeszkodził mu w samobójstwie - przeturlał się na bok i spojrzał w twarz swojemu wybawicielowi. Siedząc na ugiętych nogach, długowłosy mężczyzna w czymś przypominającym płaszcz z piórami uśmiechał się szeroko przymykając oczy.
- Muszę na ciebie uważać. Byłoby źle, gdybyś zwiał mi zaraz po zawarciu kontraktu.
- O czym ty mówisz? - wydusił z siebie chłopak. Mężczyzna podrapał się po obandażowanej szyi.
- O tym, że spełniłem twoje życzenie. Tak - pstryknął palcami - zabrałem od ciebie powód twojego nieszczęścia.
Wstał, przeciągnął się i zarzucił jasnymi włosami. Mruknął i zaczął się oddalać. W pewnym momencie jednak zatrzymał się na chwile, jakby o czymś sobie przypomniał, włożył rękę w kieszeń spodni i wyciągnął z niej mały przedmiot. Rzucił nim w chłopaka i... zniknął.
[To abyś był pewien, że dopełniłem swojej części umowy]
Przecierając poszkodowane czoło, chłopak spojrzał na lusterko którym obdarował go nieznajomy. Starając się znaleźć w nim coś niezwykłego, uchwycił swoje odbicie.
Lusterko z siłą uderzyło o beton, ani myśląc się tłuc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz