Kontraktor
Wiatr rozwiewał mu
włosy. Na wysokości dwudziestego piętra szalał jak opętany,
tylko pchając go ku krawędzi dachu. Powoli zaczął iść w jej
kierunku, obserwując swoje czarne buty na tle jasnego kamienia.
Powoli, ostrożnie, położył jedną stopę na podwyższeniu
krawędzi. Następnie zrobił to samo z drugą. Wszystko to robił
monotonnie, bez życia, z twarzą bez wyrazu, jakby jego uczucia
uleciały razem z wiatrem.
Stojąc na krawędzi
zamknął oczy. Pozbawiony w ten sposób jednego ze zmysłów, zaczął
wsłuchiwać się we własne myśli. Nie słyszał ich jednak.
Słyszał głosy tych ludzi. Głosy, które namawiały go, żeby
zrobił jeszcze jeden krok... Ale były tam też dwa inne głosy,
których nigdy wcześniej nie słyszał. Jeden był niezwykle piękny,
uspokajający. Drugi nie już nie tak piękny, ale na swój sposób
niezwykły. Choć różne i różnymi słowami, mówiły mu to samo.
Namawiały to tego samego.
Otworzył oczy i powoli
zaczął obracać głowę, chcąc zobaczyć czy owe głosy pochodzą
zza niego. Gdy jednak to zrobił, poślizgnął się i jedyne co
słyszał to szum wiatru. Wiatru, który stawał mu na drodze w dół,
na ziemię z dwudziestego piętra. Chociaż tego chciał, w połowie
drogi narodziła się w nim pewna myśl.
- Ja... nie chcę
umierać...
~*~
Kasztanowłosa kobieta,
w wieku około dwudziestu lat, ubrana w mocno poniszczoną bluzę z
kapturem i dżinsy, zatrzymała się między grobami. Uklękła przed
nagrobkiem z jasnego granitu, na którym połyskiwał wyryty złoty
napis: Georgia Michaels.
Kobieta wyciągnęła z
kieszeni bluzy kawałek kartki i położyła go przed nagrobkiem.
Jeszcze przez chwilę ze smutkiem spoglądając w jego kierunku, po
czym energicznie wstała i westchnąwszy, ruszyła ścieżką między
grobami.
Przy wejściu na
cmentarz czekał na nią mężczyzna. Osoby, które przechodziły
koło niego, rzucały mu nie miłe spojrzenia. Miał niesamowicie
niebieskie oczy i włosy bardzo ciemne włosy, kontrastujące z jasną
cerą, przez co sprawiał wrażenie osoby chorej. Ubrany w ciemną
koszulę i spodnie, wydawał się jeszcze chudszy i wyższy niż był,
przez co wyglądał jak „typ spod ciemnej gwiazdy”, osoba
niebezpieczna, której należy unikać.
- Zostawiłaś list
matce? - zapytał mężczyzna, chłodnym, nieco współczującym
głosem. Kobieta poprawiła włosy, które zasłaniały jej twarz i
zgodnie kiwnęła głową. Jej zielonobrązowe oczy zalśniły, nie
wiadomo było jednak czy od łez, czy też był to zwyczajny wpływ
słońca. Mężczyzna nie zastanawiał się nad tym. - Możemy już
iść, prawda?
- Tak - przyznała,
powoli go mijając. Zatrzymała się na kilka kroków przy bramie i
spojrzała za siebie nieobecnym wzrokiem.
- Coś się stało? -
zapytał towarzysz, widząc jej spojrzenie. Ona w odpowiedzi jedynie
lekko się uśmiechnęła.
- Nic takiego.
Zwyczajnie przypomniałam sobie dzień, w którym cię spotkałam.
Wtedy też przyszłam na cmentarz z listem - mówiła rozmarzonym
tonem. Przestała jednak wspominać i machnęła ręką, aby
przywołać do siebie mężczyznę. - Chodźmy. Mamy w końcu coś do
zrobienia.
***
Daniela siedziała na
schodach i rozglądała się po ulicy. Był środek nocy, więc
wszystko tonęło w ciemnościach a jedyna działająca uliczna lampa
znajdowała się daleko od niej, tak, że jedyne co oświetlała w
zasięgu jej wzroku, to zarysy ceglastych, czerwonych ścian
budynków, pokrytych czymś podobnym do sadzy, niczym po pożarze.
Nic poza tym nie dało się dostrzec, a kobieta nie miała ze sobą
latarki. Zapalniczka, którą kupiła za kilka groszy, przestała
działać, tak więc nawet nie mogła oświetlić nazwy ulicy, na
której się znajdowała.
W pewnym momencie
usłyszała czyjeś kroki na mokrym od niedawnego deszczu asfalcie.
Rozejrzała się w ciemnościach, wytężając wzrok. Od strony
jedynej lampy na ulicy, szły dwie osoby. Jedna z nich podtrzymywała
drugą i mówiła coś do niej rozeźlonym tonem. Daniela, widząc,
że idą w jej kierunku, wstała z miejsca i ignorując zdrętwienie,
zaczęła się do nich zbliżać. Im bliżej była, tym lepiej
widziała kto szedł, bowiem jedna z osób oświetlała sobie drogę
telefonem komórkowym, który zresztą nie był zbyt pomocny. Nikłe
światło wyświetlacza wystarczało jednak na to by dostrzec, że
osobami zbliżającymi się w kierunku Danieli, była wysoka kobieta
z mocno kręconymi włosami oraz nieprzytomny mężczyzna, którego
prowadziła. Miała niezadowoloną minę i klęła pod nosem.
Zobaczywszy Danielę przestała i uśmiechnęła się serdecznie.
- Świetnie! - zawołała
radosnym głosem pełnym ulgi. - Zaprowadzisz go do domu? W którejś
kieszeni ma kluczyki. Mieszka pod piętnastką. Zawsze ktoś go
przyprowadza do domu. Tym razem padło na mnie. No, bierz go. Myślę,
że się nie obrazi, jak prześpisz się pod jego dachem. Masz chyba
problemy z domem, prawda?
Daniela poprawiła
sobie włosy, jak gdyby miało to jakoś specjalnie poprawić jej
wizerunek. Nie była bezdomną żebraczką, ale przemoczona i
zmęczona, najprawdopodobniej kogoś takiego przypominała.
Szczególnie, jeśli siedziała na schodach domu obcego mężczyzny w
środku nocy.
- Nie wiem o co pani
chodzi - odezwała się Daniela, gdy kobieta przewiesiła jej przez
ramię rękę mężczyzny, który nadal nieprzytomny, otulony w
czarną kurtkę, przypominał worek kartofli. W dodatku dość
ciężki, jak zdążyła się przekonać.
Nieznajoma roztarła
dłonią własne ramię, dumna z tego, że zrzuciła obowiązek
doprowadzenia mężczyzny do domu na kogoś innego. W ten sposób
mogła wreszcie udać się do miejsca, gdzie powinni być normalni
ludzie o takiej godzinie, zamiast stać w chłodną noc na ulicy i
klnąc na nieprzytomnego człowieka.
- Ej! Niech pani
poczeka! - zawołała Daniela, gdy kobieta, uwolniona od ciężaru
mężczyzny, lekkim krokiem zaczęła się oddalać. - Co ja mam
zrobić?!
- Zaprowadź go do
domu! - rzuciła nieznajoma, nawet nie odwracając głowy.
Przez jakiś czas
słychać było jedynie stukanie obcasów o asfalt, które stopniowo
zanikało wraz z oddalaniem się kobiety. Nadal zdezorientowana
Daniela przyjrzała się mężczyźnie, który uwieszony jej ramienia
wyglądał jakby spał. Starając się jakoś pozbierać do kupy,
kobieta zaczęła przeszukiwać kieszenie nieznajomego. Szybko udało
jej się znaleźć mały srebrny kluczyk, który przez chwilę
obracała w dłoni. Tak właściwie nie była pewna, czy jest
srebrny, ponieważ gdy odeszła nieznajoma kobieta, zabrała ze sobą
telefon komórkowy a tym samym jedyne źródło światła.
- Boże spraw, żebym
już nigdy nie musiała znajdować się w takiej sytuacji - szepnęła
do siebie Daniela, ściskając klucz.
Zrzuciła stertę gazet
z drewnianego krzesła i przysunąwszy je bliżej kanapy, usiadła na
nim. W ręce trzymała biały kubek ze śmiesznym rysunkiem i
popijała z niego kawę. W przerwie między łykami obserwowała
mężczyznę, który kręcił się w śnie na kanapie, przykryty po
czubek głowy kocem. Nie widząc w tym nic ciekawego, Daniela
przerzuciła wzrok na ścianę.
Pierwsze co rzuciło
jej się w oczy po wejściu do domu nieznajomego, to wszechobecny
bałagan. Na podłodze było wszystko, począwszy od części
garderoby, na spleśniałym jedzeniu skończywszy. Wszystkie sprzęty
elektroniczne pokryte były grubą warstwą kurzu, a w rogach ścian
wisiały pajęczyny. I to był dopiero początek. Prawdziwy bałagan
zobaczyła po wejściu do pierwszego pokoju na jaki się natknęła.
Dosłownie wszystko, kanapa, telewizor, krzesła, przykryte były
starymi gazetami. Złożone z nich kolumny piętrzyły się przy
oknie zasłoniętym błagającą o wypranie żółtawą firanką,
zwieszającą się z niezbyt wysokiego sufitu. Na ścianach nie widać
było tapety czy też farby, ponieważ całe oblepione były
wycinkami z gazet, prawdopodobnie z tych porozrzucanych po całym
pomieszczeniu. Większość, a może i wszystkie, jak zauważyła
Daniela, były wycinkami z informacjami o samobójcach. Zaczęła się
wtedy zastanawiać, czy może mężczyzna, którego bez zbędnych
grzeczności zrzuciła w przedpokoju na podłogę, nie interesuje się
osobami chcącymi się zabić. Może był policjantem, który uważał,
że to nie były samobójstwa?
Po zapoznaniu się z
wnętrzem, wróciła do przedpokoju i zarzuciwszy sobie rękę
mężczyzny na ramię, przyprowadziła go do salonu. Z trudem udało
jej się położyć go na kanapie, z której nawet nie zrzuciła
gazet. Będąc pewną, że mężczyzna nadal jest nieprzytomny i nie
spadnie z mebla, rozejrzała się po domu szukając jakiegoś koca. W
poszukiwaniu go trafiła do kuchni, gdzie panował taki sam bałagan
jak w reszcie domu z tym wyjątkiem, że tam widać było żółtą
kwiecistą tapetę, a nie same wycinki z gazet. W końcu na jednym z
kuchennych krzeseł znalazła stary koc i wróciwszy do salonu
przykrywa nim mężczyznę. Nie wiedząc co ze sobą zrobić, wróciła
do kuchni. Znalezienie naczynia, które nie kleiłoby z brudu i
resztek jedzenia, zajęło jej kilkanaście minut nieustannego
przeszukiwania wszystkich szafek. W końcu znalazła biały kubek,
który miał jedynie zacieki po herbacie. Będąc już zmęczoną po
poszukiwaniach, nie miała siły na szukanie kawy. Ta na szczęście
jednak, stała na małym kwadratowym stole, tuż koło zwiędłych
kwiatów.
Wróciła do
poprzedniego pomieszczenia i w ten sposób znalazła się na krześle,
obserwując mężczyznę.
Za oknem zaczęło się
przejaśniać. Daniela rozglądała się po ścianach, szukając
jakiegoś zegarka, ale jedyne co widziała to wycinki. Cała masa
wycinków. Jak ktoś może mieszkać w takim domu? Nic dziwnego, że
tu prawie nie bywa, pomyślała.
- Ej, ty! - odezwał
się ochrypły głos. Zaskoczona Daniela spojrzała na kanapę.
Mężczyzna ściągnął koc z głowy i starał się usiąść, co
robił dość powolnie i nieporadnie. Osiągając w miarę pionową
pozycję, złapał się za głowę i wydał z siebie cichy jęk.
Daniela wypiła łyk kawy.
- To nie ja odpowiadam
za twojego kaca, więc nie mów do mnie takim tonem - zażądała
Daniela, obracając kubek w dłoniach.
- Nie mam kaca -
wyjaśnił po odchrząknięciu. Teraz mówił miękkim, przyjemnym
głosem, nieco jednak obrażony. Zmrużył oczy i spojrzał na
kobietę. Spoglądał na nią przez jakiś czas, starając się
jednocześnie jakoś doprowadzić do porządku. Poczochrał ręką
włosy, wytarł kocem twarz, ściągnął czarną kurtkę. Nadal nie
prezentował się przytomnie i schludnie, ale przynajmniej można
było dostrzec jego twarz.
Daniela ze zdumienia
omal nie wypuściła trzymanego kubka. Mężczyzna, którego jeszcze
nie tak dawno wzięłaby za czterdziestolatka, wyglądał jak jej
rówieśnik, mający nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Miał
niesamowicie czarne włosy, sięgające może trochę za ucho. Ciemne
miał także grube, długie rzęsy. Oczy, tak niesamowicie
niebieskie, wówczas sprawiały niezbyt przytomne wrażenie. Jego
cera była dość blada, co dziwnie wyglądało w połączeniu z
ciemnymi włosami.
- Co się gapisz? -
zapytał niemiło, wstając z kanapy i kopiąc butem gazety, żeby
zrobić sobie przejście. Obszedł mebel i stanął, wpatrując się
w kobietę. Daniela spuściła wzrok, a mężczyzna wyszedł z
pomieszczenia drzwiami do kuchni. Przez pewien czas słychać było
tylko dźwięki obijanych szklanek, wody i samochodów mijających
dom.
Daniela obróciła się
na krześle i wychyliła, chcąc zobaczyć, co robi mężczyzna. Nie
widziała dużo, ale wystarczyło jej to by zrozumieć, że tak jak
myślała, szykuje sobie śniadanie. Przez pewien czas wiercił się
po kuchni, przeszukując szafki. Kobieta zajrzała do pustego kubka,
który nadal nieświadomie ściskała w dłoni. Wstała i poszła w
stronę drzwi. Oparła się o framugę i zaczęła kołysać kubkiem
zawieszonym na małym palcu. Mężczyzna spojrzał na nią kątem
oka. Oparł się o zlew i westchnął. Po krótkim namyśle szybko
się odwrócił i zabrał Danieli kubek.
- Dziękuję - wycedził
i podszedł ponownie do zlewu.
- Nie wiem kim jesteś,
ani co robisz - zaczęła śmiało Daniela - ale nie wyobrażam sobie
żadnych okoliczności w których można by doprowadzić dom do
takiego stanu.
- W takim razie masz
słabą wyobraźnię - stwierdził mężczyzna. - Co ty tu tak
właściwie robisz?
- Szukam mieszkania -
odpowiedziała Daniela, podchodząc do niego i opierając się
plecami o szafkę. Pchnęła przez przypadek patelnię, która
zjechała po górze brudnych naczyń i wpadła do zlewu, zatrzymując
się pod trzymanym przez mężczyznę kubkiem. - Siedziałam wczoraj
na schodach twojego domu i podeszła do mnie jakaś kobieta,
podtrzymując cię. W kilku zdaniach wyjaśniła, że mam cię
zanieść do domu i chyba się nie obrazisz, jak tu przenocuję. Jak
widać się myliła.
- Po przebudzeniu nie
mam dobrego humoru - przyznał. Starał się wyciągnąć patelnię,
ale rączką uderzył o szafkę na ścianie. Daniela wytrąciła mu
ją z ręki i jednym zgrabnym ruchem wyciągnęła ze zlewu. - Chyba
nie masz zamiaru tutaj zamieszkać, nie? Mój wystrój ci się nie
podoba. Swoją drogą, jestem Raven.
Daniela zmarszczyła
brwi.
- Dziwne imię -
przyznała. - A jeśli chodzi o dom, to jakby tu posprzątać, to nie
jest tak źle.
Rzuciła patelnię na
stół, bo tylko tam było miejsce i podążyła w kierunku lodówki.
Raven natychmiast rzucił się w jej
kierunku i złapał ją za rękę, którą wyciągała ku drzwiczkom.
- Lepiej tam nie
zaglądać - powiedział z przepraszająca miną. Daniela opuściła
rękę, a mężczyzna ją puścił. - Jak jesteś głodna, możemy
zjeść coś na mieście. Nigdy nie jem w domu.
Raven usiłował
zamknąć drzwi. Stosował wszystkie znane mu sposoby; kręcił
kluczem w prawo i lewo, trochę go wysuwał z zamka, ciągnął drzwi
do siebie. Ciągle jednak otwierały się, gdy tylko puszczał
klamkę. Klnąc pod nosem próbował dalej.
Daniela stała na
schodach, dwa stopnie niżej od niego i obserwowała ulicę.
Wyglądała bardziej przyjaźnie niż w nocy. Było słonecznie, jak
na tę porę roku. Po obu stronach spękanego, dziurawego asfaltu,
ciągnęły się rzędy czerwonych, ceglastych budynków. Przed
każdym z domów znajdował się trawnik, mniej lub bardziej zadbany,
zależnie od właściciela. Ten przed domem Ravena był jedynie
ziemią, gdzie sporadycznie wyrastały jakieś chwasty. Kobiety wcale
to nie dziwiło, w końcu jeśli mężczyzna nie był w stanie zająć
się własnym salonem, o reszcie domu nie wspominając, to czemu
miałby zajmować się trawnikiem?
- Zastanawiam się -
powiedział Raven, odwracając uwagę Danieli od ulicy - dlaczego
zostałaś u mnie na noc, nie wiedząc kim jestem. Mógłbym być
jakimś... pedofilem, zboczeńcem, czy kimś tam, mógłbym zrobić
ci krzywdę. To czemu, zostałaś?
Daniela spojrzała na
niego w chwili, gdy westchnąwszy, udało mu się w końcu poskromić
zamek. Energicznie zszedł po schodach, mijając kobietę, która
zastanawiała się nad odpowiedzią na jego pytanie.
- Gdybyś był
zboczeńcem... - zaczęła, schodząc na chdonik. - Wiesz, znając
życie, prędzej coś ciężkiego spadłoby ci na głowę, niż byś
mi coś zrobił.
- A co, wiedźmą
jesteś, czy jak? - zapytał, mrużąc oczy od słońca.
- Nie - odpowiedziała,
wkładając ręce do kieszeni płaszcza i ruszając chodnikiem. - Po
prostu... Wokół mnie działy się zawsze dziwne rzeczy. Moja matka
mówiła, że jestem wyjątkowa. Ja i tak zawsze myślałam, że to
zwykły pech.
- Aha - mruknął
Raven, idąc gdzieś za nią. Słyszała
szuranie jego adidasów o szare płytki chodnika.
Nigdy nie powiedziałaby
tego na głos, ale gdy mężczyzna przed wyjściem umył się i
przebrał, wydawał się być innym człowiekiem. Przystojnym
człowiekiem, co jednak nie umniejszało zgryźliwości jego
charakteru. Oczywiście nie powiedziała mu tego. Komplement ze
strony kobiety, mógłby być źle zrozumiany.
Ravien potrząsnął
swoją kurtką, a Daniela spojrzała na niego przez ramię. Mężczyzna
ruszał ręką schowaną w kieszeni kurtki i czegoś w niej szukał.
Po chwili uwolnił rękę, a w pięści ściskał kilka banknotów.
Spojrzał na nie i mlasnął.
- Mało tego -
zauważyła Daniela. Mężczyzna ją zignorował. - To na śniadanie?
- Co tak patrzysz? -
zapytał w końcu, lekko podenerwowanym tonem. - Dużo nie zarobię,
jak mnie nigdy w domu nie ma.
- A to tylko powód,
bym z tobą została - powiedziała śmiało Daniela, odwracając
wzrok na ulicę. Stojąc tyłem do Ravena nie widziała, jak ten
uśmiecha się pod nosem.
- Wiesz co? - zapytał.
Kobieta mruknęła. - Dziwna jesteś.
Oboje się zaśmiali.
- A to tylko początek!
- Możliwe... - Raven
zastanawiał się gdzie wsadzić pieniądze, ale stwierdziwszy, że
wszystkie kieszenie są za wąskie, postanowił trzymać je w ręce.
- Mam warunek. Nie, dwa. Zatrzymaj się na chwilę.
Daniela posłusznie się
zatrzymała i obróciła przodem do Ravena. Stanęła tym samym pod
słońce, więc zmrużyła oczy. Mężczyzna podrzucał banknoty w
dłoni.
- Pozwolę ci ze mną
zamieszkać - oznajmił, a na twarzy Danieli rozkwitł uśmiech -
ale... Co się tak szczerzysz? Wiesz, ja tam nie chwytam twojej
bajeczki o pechu, nie wiem, dlaczego mi ufasz, ale jeśli nie
będziesz pytać, gdzie i po co znikam na cały dzień, pozwolę ci
zostać.
- To jeden warunek -
zauważyła. - A drugi?
- Znajdziesz se pracę
i będziesz płaciła za czynsz.
Daniela przez chwilę
myślała, że mężczyzna żartuje. Uśmiechał się, dość
paskudnie, ale nie wyglądał jakby się z niej śmiał.
- Spokojnie, tylko
połowę - powiedział w końcu. Podszedł bliżej Danieli, złapał
ją za dłoń i położył na niej pieniądze, które od ściskania w
garści strasznie się pomięły. - No, to teraz jak wszystko
ustalone, pójdziemy na śniadanie. Strasznie głodny jestem.
- Ja też.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz