sobota, 22 grudnia 2012

Kontraktor

Historia która zakrawała na coś dłuższego, ale upadła pod naporem lenistwa i wątpliwości. Trochę inne spojrzenie na diabelskie kontrakty i to, co ludzie nazywają podszeptami dobra i zła.

Kontraktor

Wiatr rozwiewał mu włosy. Na wysokości dwudziestego piętra szalał jak opętany, tylko pchając go ku krawędzi dachu. Powoli zaczął iść w jej kierunku, obserwując swoje czarne buty na tle jasnego kamienia. Powoli, ostrożnie, położył jedną stopę na podwyższeniu krawędzi. Następnie zrobił to samo z drugą. Wszystko to robił monotonnie, bez życia, z twarzą bez wyrazu, jakby jego uczucia uleciały razem z wiatrem.
Stojąc na krawędzi zamknął oczy. Pozbawiony w ten sposób jednego ze zmysłów, zaczął wsłuchiwać się we własne myśli. Nie słyszał ich jednak. Słyszał głosy tych ludzi. Głosy, które namawiały go, żeby zrobił jeszcze jeden krok... Ale były tam też dwa inne głosy, których nigdy wcześniej nie słyszał. Jeden był niezwykle piękny, uspokajający. Drugi nie już nie tak piękny, ale na swój sposób niezwykły. Choć różne i różnymi słowami, mówiły mu to samo. Namawiały to tego samego.
Otworzył oczy i powoli zaczął obracać głowę, chcąc zobaczyć czy owe głosy pochodzą zza niego. Gdy jednak to zrobił, poślizgnął się i jedyne co słyszał to szum wiatru. Wiatru, który stawał mu na drodze w dół, na ziemię z dwudziestego piętra. Chociaż tego chciał, w połowie drogi narodziła się w nim pewna myśl.
- Ja... nie chcę umierać...
~*~


Kasztanowłosa kobieta, w wieku około dwudziestu lat, ubrana w mocno poniszczoną bluzę z kapturem i dżinsy, zatrzymała się między grobami. Uklękła przed nagrobkiem z jasnego granitu, na którym połyskiwał wyryty złoty napis: Georgia Michaels.
Kobieta wyciągnęła z kieszeni bluzy kawałek kartki i położyła go przed nagrobkiem. Jeszcze przez chwilę ze smutkiem spoglądając w jego kierunku, po czym energicznie wstała i westchnąwszy, ruszyła ścieżką między grobami.
Przy wejściu na cmentarz czekał na nią mężczyzna. Osoby, które przechodziły koło niego, rzucały mu nie miłe spojrzenia. Miał niesamowicie niebieskie oczy i włosy bardzo ciemne włosy, kontrastujące z jasną cerą, przez co sprawiał wrażenie osoby chorej. Ubrany w ciemną koszulę i spodnie, wydawał się jeszcze chudszy i wyższy niż był, przez co wyglądał jak „typ spod ciemnej gwiazdy”, osoba niebezpieczna, której należy unikać.
- Zostawiłaś list matce? - zapytał mężczyzna, chłodnym, nieco współczującym głosem. Kobieta poprawiła włosy, które zasłaniały jej twarz i zgodnie kiwnęła głową. Jej zielonobrązowe oczy zalśniły, nie wiadomo było jednak czy od łez, czy też był to zwyczajny wpływ słońca. Mężczyzna nie zastanawiał się nad tym. - Możemy już iść, prawda?
- Tak - przyznała, powoli go mijając. Zatrzymała się na kilka kroków przy bramie i spojrzała za siebie nieobecnym wzrokiem.
- Coś się stało? - zapytał towarzysz, widząc jej spojrzenie. Ona w odpowiedzi jedynie lekko się uśmiechnęła.
- Nic takiego. Zwyczajnie przypomniałam sobie dzień, w którym cię spotkałam. Wtedy też przyszłam na cmentarz z listem - mówiła rozmarzonym tonem. Przestała jednak wspominać i machnęła ręką, aby przywołać do siebie mężczyznę. - Chodźmy. Mamy w końcu coś do zrobienia.

***
Daniela siedziała na schodach i rozglądała się po ulicy. Był środek nocy, więc wszystko tonęło w ciemnościach a jedyna działająca uliczna lampa znajdowała się daleko od niej, tak, że jedyne co oświetlała w zasięgu jej wzroku, to zarysy ceglastych, czerwonych ścian budynków, pokrytych czymś podobnym do sadzy, niczym po pożarze. Nic poza tym nie dało się dostrzec, a kobieta nie miała ze sobą latarki. Zapalniczka, którą kupiła za kilka groszy, przestała działać, tak więc nawet nie mogła oświetlić nazwy ulicy, na której się znajdowała.
W pewnym momencie usłyszała czyjeś kroki na mokrym od niedawnego deszczu asfalcie. Rozejrzała się w ciemnościach, wytężając wzrok. Od strony jedynej lampy na ulicy, szły dwie osoby. Jedna z nich podtrzymywała drugą i mówiła coś do niej rozeźlonym tonem. Daniela, widząc, że idą w jej kierunku, wstała z miejsca i ignorując zdrętwienie, zaczęła się do nich zbliżać. Im bliżej była, tym lepiej widziała kto szedł, bowiem jedna z osób oświetlała sobie drogę telefonem komórkowym, który zresztą nie był zbyt pomocny. Nikłe światło wyświetlacza wystarczało jednak na to by dostrzec, że osobami zbliżającymi się w kierunku Danieli, była wysoka kobieta z mocno kręconymi włosami oraz nieprzytomny mężczyzna, którego prowadziła. Miała niezadowoloną minę i klęła pod nosem. Zobaczywszy Danielę przestała i uśmiechnęła się serdecznie.
- Świetnie! - zawołała radosnym głosem pełnym ulgi. - Zaprowadzisz go do domu? W którejś kieszeni ma kluczyki. Mieszka pod piętnastką. Zawsze ktoś go przyprowadza do domu. Tym razem padło na mnie. No, bierz go. Myślę, że się nie obrazi, jak prześpisz się pod jego dachem. Masz chyba problemy z domem, prawda?
Daniela poprawiła sobie włosy, jak gdyby miało to jakoś specjalnie poprawić jej wizerunek. Nie była bezdomną żebraczką, ale przemoczona i zmęczona, najprawdopodobniej kogoś takiego przypominała. Szczególnie, jeśli siedziała na schodach domu obcego mężczyzny w środku nocy.
- Nie wiem o co pani chodzi - odezwała się Daniela, gdy kobieta przewiesiła jej przez ramię rękę mężczyzny, który nadal nieprzytomny, otulony w czarną kurtkę, przypominał worek kartofli. W dodatku dość ciężki, jak zdążyła się przekonać.
Nieznajoma roztarła dłonią własne ramię, dumna z tego, że zrzuciła obowiązek doprowadzenia mężczyzny do domu na kogoś innego. W ten sposób mogła wreszcie udać się do miejsca, gdzie powinni być normalni ludzie o takiej godzinie, zamiast stać w chłodną noc na ulicy i klnąc na nieprzytomnego człowieka.
- Ej! Niech pani poczeka! - zawołała Daniela, gdy kobieta, uwolniona od ciężaru mężczyzny, lekkim krokiem zaczęła się oddalać. - Co ja mam zrobić?!
- Zaprowadź go do domu! - rzuciła nieznajoma, nawet nie odwracając głowy.
Przez jakiś czas słychać było jedynie stukanie obcasów o asfalt, które stopniowo zanikało wraz z oddalaniem się kobiety. Nadal zdezorientowana Daniela przyjrzała się mężczyźnie, który uwieszony jej ramienia wyglądał jakby spał. Starając się jakoś pozbierać do kupy, kobieta zaczęła przeszukiwać kieszenie nieznajomego. Szybko udało jej się znaleźć mały srebrny kluczyk, który przez chwilę obracała w dłoni. Tak właściwie nie była pewna, czy jest srebrny, ponieważ gdy odeszła nieznajoma kobieta, zabrała ze sobą telefon komórkowy a tym samym jedyne źródło światła.
- Boże spraw, żebym już nigdy nie musiała znajdować się w takiej sytuacji - szepnęła do siebie Daniela, ściskając klucz.

Zrzuciła stertę gazet z drewnianego krzesła i przysunąwszy je bliżej kanapy, usiadła na nim. W ręce trzymała biały kubek ze śmiesznym rysunkiem i popijała z niego kawę. W przerwie między łykami obserwowała mężczyznę, który kręcił się w śnie na kanapie, przykryty po czubek głowy kocem. Nie widząc w tym nic ciekawego, Daniela przerzuciła wzrok na ścianę.
Pierwsze co rzuciło jej się w oczy po wejściu do domu nieznajomego, to wszechobecny bałagan. Na podłodze było wszystko, począwszy od części garderoby, na spleśniałym jedzeniu skończywszy. Wszystkie sprzęty elektroniczne pokryte były grubą warstwą kurzu, a w rogach ścian wisiały pajęczyny. I to był dopiero początek. Prawdziwy bałagan zobaczyła po wejściu do pierwszego pokoju na jaki się natknęła. Dosłownie wszystko, kanapa, telewizor, krzesła, przykryte były starymi gazetami. Złożone z nich kolumny piętrzyły się przy oknie zasłoniętym błagającą o wypranie żółtawą firanką, zwieszającą się z niezbyt wysokiego sufitu. Na ścianach nie widać było tapety czy też farby, ponieważ całe oblepione były wycinkami z gazet, prawdopodobnie z tych porozrzucanych po całym pomieszczeniu. Większość, a może i wszystkie, jak zauważyła Daniela, były wycinkami z informacjami o samobójcach. Zaczęła się wtedy zastanawiać, czy może mężczyzna, którego bez zbędnych grzeczności zrzuciła w przedpokoju na podłogę, nie interesuje się osobami chcącymi się zabić. Może był policjantem, który uważał, że to nie były samobójstwa?
Po zapoznaniu się z wnętrzem, wróciła do przedpokoju i zarzuciwszy sobie rękę mężczyzny na ramię, przyprowadziła go do salonu. Z trudem udało jej się położyć go na kanapie, z której nawet nie zrzuciła gazet. Będąc pewną, że mężczyzna nadal jest nieprzytomny i nie spadnie z mebla, rozejrzała się po domu szukając jakiegoś koca. W poszukiwaniu go trafiła do kuchni, gdzie panował taki sam bałagan jak w reszcie domu z tym wyjątkiem, że tam widać było żółtą kwiecistą tapetę, a nie same wycinki z gazet. W końcu na jednym z kuchennych krzeseł znalazła stary koc i wróciwszy do salonu przykrywa nim mężczyznę. Nie wiedząc co ze sobą zrobić, wróciła do kuchni. Znalezienie naczynia, które nie kleiłoby z brudu i resztek jedzenia, zajęło jej kilkanaście minut nieustannego przeszukiwania wszystkich szafek. W końcu znalazła biały kubek, który miał jedynie zacieki po herbacie. Będąc już zmęczoną po poszukiwaniach, nie miała siły na szukanie kawy. Ta na szczęście jednak, stała na małym kwadratowym stole, tuż koło zwiędłych kwiatów.
Wróciła do poprzedniego pomieszczenia i w ten sposób znalazła się na krześle, obserwując mężczyznę.
Za oknem zaczęło się przejaśniać. Daniela rozglądała się po ścianach, szukając jakiegoś zegarka, ale jedyne co widziała to wycinki. Cała masa wycinków. Jak ktoś może mieszkać w takim domu? Nic dziwnego, że tu prawie nie bywa, pomyślała.
- Ej, ty! - odezwał się ochrypły głos. Zaskoczona Daniela spojrzała na kanapę. Mężczyzna ściągnął koc z głowy i starał się usiąść, co robił dość powolnie i nieporadnie. Osiągając w miarę pionową pozycję, złapał się za głowę i wydał z siebie cichy jęk. Daniela wypiła łyk kawy.
- To nie ja odpowiadam za twojego kaca, więc nie mów do mnie takim tonem - zażądała Daniela, obracając kubek w dłoniach.
- Nie mam kaca - wyjaśnił po odchrząknięciu. Teraz mówił miękkim, przyjemnym głosem, nieco jednak obrażony. Zmrużył oczy i spojrzał na kobietę. Spoglądał na nią przez jakiś czas, starając się jednocześnie jakoś doprowadzić do porządku. Poczochrał ręką włosy, wytarł kocem twarz, ściągnął czarną kurtkę. Nadal nie prezentował się przytomnie i schludnie, ale przynajmniej można było dostrzec jego twarz.
Daniela ze zdumienia omal nie wypuściła trzymanego kubka. Mężczyzna, którego jeszcze nie tak dawno wzięłaby za czterdziestolatka, wyglądał jak jej rówieśnik, mający nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Miał niesamowicie czarne włosy, sięgające może trochę za ucho. Ciemne miał także grube, długie rzęsy. Oczy, tak niesamowicie niebieskie, wówczas sprawiały niezbyt przytomne wrażenie. Jego cera była dość blada, co dziwnie wyglądało w połączeniu z ciemnymi włosami.
- Co się gapisz? - zapytał niemiło, wstając z kanapy i kopiąc butem gazety, żeby zrobić sobie przejście. Obszedł mebel i stanął, wpatrując się w kobietę. Daniela spuściła wzrok, a mężczyzna wyszedł z pomieszczenia drzwiami do kuchni. Przez pewien czas słychać było tylko dźwięki obijanych szklanek, wody i samochodów mijających dom.
Daniela obróciła się na krześle i wychyliła, chcąc zobaczyć, co robi mężczyzna. Nie widziała dużo, ale wystarczyło jej to by zrozumieć, że tak jak myślała, szykuje sobie śniadanie. Przez pewien czas wiercił się po kuchni, przeszukując szafki. Kobieta zajrzała do pustego kubka, który nadal nieświadomie ściskała w dłoni. Wstała i poszła w stronę drzwi. Oparła się o framugę i zaczęła kołysać kubkiem zawieszonym na małym palcu. Mężczyzna spojrzał na nią kątem oka. Oparł się o zlew i westchnął. Po krótkim namyśle szybko się odwrócił i zabrał Danieli kubek.
- Dziękuję - wycedził i podszedł ponownie do zlewu.
- Nie wiem kim jesteś, ani co robisz - zaczęła śmiało Daniela - ale nie wyobrażam sobie żadnych okoliczności w których można by doprowadzić dom do takiego stanu.
- W takim razie masz słabą wyobraźnię - stwierdził mężczyzna. - Co ty tu tak właściwie robisz?
- Szukam mieszkania - odpowiedziała Daniela, podchodząc do niego i opierając się plecami o szafkę. Pchnęła przez przypadek patelnię, która zjechała po górze brudnych naczyń i wpadła do zlewu, zatrzymując się pod trzymanym przez mężczyznę kubkiem. - Siedziałam wczoraj na schodach twojego domu i podeszła do mnie jakaś kobieta, podtrzymując cię. W kilku zdaniach wyjaśniła, że mam cię zanieść do domu i chyba się nie obrazisz, jak tu przenocuję. Jak widać się myliła.
- Po przebudzeniu nie mam dobrego humoru - przyznał. Starał się wyciągnąć patelnię, ale rączką uderzył o szafkę na ścianie. Daniela wytrąciła mu ją z ręki i jednym zgrabnym ruchem wyciągnęła ze zlewu. - Chyba nie masz zamiaru tutaj zamieszkać, nie? Mój wystrój ci się nie podoba. Swoją drogą, jestem Raven.
Daniela zmarszczyła brwi.
- Dziwne imię - przyznała. - A jeśli chodzi o dom, to jakby tu posprzątać, to nie jest tak źle.
Rzuciła patelnię na stół, bo tylko tam było miejsce i podążyła w kierunku lodówki. Raven natychmiast rzucił się w jej kierunku i złapał ją za rękę, którą wyciągała ku drzwiczkom.
- Lepiej tam nie zaglądać - powiedział z przepraszająca miną. Daniela opuściła rękę, a mężczyzna ją puścił. - Jak jesteś głodna, możemy zjeść coś na mieście. Nigdy nie jem w domu.

Raven usiłował zamknąć drzwi. Stosował wszystkie znane mu sposoby; kręcił kluczem w prawo i lewo, trochę go wysuwał z zamka, ciągnął drzwi do siebie. Ciągle jednak otwierały się, gdy tylko puszczał klamkę. Klnąc pod nosem próbował dalej.
Daniela stała na schodach, dwa stopnie niżej od niego i obserwowała ulicę. Wyglądała bardziej przyjaźnie niż w nocy. Było słonecznie, jak na tę porę roku. Po obu stronach spękanego, dziurawego asfaltu, ciągnęły się rzędy czerwonych, ceglastych budynków. Przed każdym z domów znajdował się trawnik, mniej lub bardziej zadbany, zależnie od właściciela. Ten przed domem Ravena był jedynie ziemią, gdzie sporadycznie wyrastały jakieś chwasty. Kobiety wcale to nie dziwiło, w końcu jeśli mężczyzna nie był w stanie zająć się własnym salonem, o reszcie domu nie wspominając, to czemu miałby zajmować się trawnikiem?
- Zastanawiam się - powiedział Raven, odwracając uwagę Danieli od ulicy - dlaczego zostałaś u mnie na noc, nie wiedząc kim jestem. Mógłbym być jakimś... pedofilem, zboczeńcem, czy kimś tam, mógłbym zrobić ci krzywdę. To czemu, zostałaś?
Daniela spojrzała na niego w chwili, gdy westchnąwszy, udało mu się w końcu poskromić zamek. Energicznie zszedł po schodach, mijając kobietę, która zastanawiała się nad odpowiedzią na jego pytanie.
- Gdybyś był zboczeńcem... - zaczęła, schodząc na chdonik. - Wiesz, znając życie, prędzej coś ciężkiego spadłoby ci na głowę, niż byś mi coś zrobił.
- A co, wiedźmą jesteś, czy jak? - zapytał, mrużąc oczy od słońca.
- Nie - odpowiedziała, wkładając ręce do kieszeni płaszcza i ruszając chodnikiem. - Po prostu... Wokół mnie działy się zawsze dziwne rzeczy. Moja matka mówiła, że jestem wyjątkowa. Ja i tak zawsze myślałam, że to zwykły pech.
- Aha - mruknął Raven, idąc gdzieś za nią. Słyszała szuranie jego adidasów o szare płytki chodnika.
Nigdy nie powiedziałaby tego na głos, ale gdy mężczyzna przed wyjściem umył się i przebrał, wydawał się być innym człowiekiem. Przystojnym człowiekiem, co jednak nie umniejszało zgryźliwości jego charakteru. Oczywiście nie powiedziała mu tego. Komplement ze strony kobiety, mógłby być źle zrozumiany.
Ravien potrząsnął swoją kurtką, a Daniela spojrzała na niego przez ramię. Mężczyzna ruszał ręką schowaną w kieszeni kurtki i czegoś w niej szukał. Po chwili uwolnił rękę, a w pięści ściskał kilka banknotów. Spojrzał na nie i mlasnął.
- Mało tego - zauważyła Daniela. Mężczyzna ją zignorował. - To na śniadanie?
- Co tak patrzysz? - zapytał w końcu, lekko podenerwowanym tonem. - Dużo nie zarobię, jak mnie nigdy w domu nie ma.
- A to tylko powód, bym z tobą została - powiedziała śmiało Daniela, odwracając wzrok na ulicę. Stojąc tyłem do Ravena nie widziała, jak ten uśmiecha się pod nosem.
- Wiesz co? - zapytał. Kobieta mruknęła. - Dziwna jesteś.
Oboje się zaśmiali.
- A to tylko początek!
- Możliwe... - Raven zastanawiał się gdzie wsadzić pieniądze, ale stwierdziwszy, że wszystkie kieszenie są za wąskie, postanowił trzymać je w ręce. - Mam warunek. Nie, dwa. Zatrzymaj się na chwilę.
Daniela posłusznie się zatrzymała i obróciła przodem do Ravena. Stanęła tym samym pod słońce, więc zmrużyła oczy. Mężczyzna podrzucał banknoty w dłoni.
- Pozwolę ci ze mną zamieszkać - oznajmił, a na twarzy Danieli rozkwitł uśmiech - ale... Co się tak szczerzysz? Wiesz, ja tam nie chwytam twojej bajeczki o pechu, nie wiem, dlaczego mi ufasz, ale jeśli nie będziesz pytać, gdzie i po co znikam na cały dzień, pozwolę ci zostać.
- To jeden warunek - zauważyła. - A drugi?
- Znajdziesz se pracę i będziesz płaciła za czynsz.
Daniela przez chwilę myślała, że mężczyzna żartuje. Uśmiechał się, dość paskudnie, ale nie wyglądał jakby się z niej śmiał.
- Spokojnie, tylko połowę - powiedział w końcu. Podszedł bliżej Danieli, złapał ją za dłoń i położył na niej pieniądze, które od ściskania w garści strasznie się pomięły. - No, to teraz jak wszystko ustalone, pójdziemy na śniadanie. Strasznie głodny jestem.
- Ja też.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz